Gospodarze zagrali zaskakująco słabo w pierwszej części gry. Zresztą statystyka posiadania piłki na rzecz Newcastle większa o ponad 10% o czymś mówi. Przy pierwszej bramce nie popisali się wszyscy obrońcy. Remy przebiegł naprawdę swobodnie kilkadziesiąt metrów i pięknym uderzeniem po ziemi strzelił gola. Kilkadziesiąt sekund wcześniej miał taką samą sytuację, tyle że strzelił w drugi róg i górą, przez co piłka nawet nie trafiła w słupek, tylko przeszła obok siatki.
Przy drugim golu zawinił przede wszystkim Théophile-Catherine. Kiedy Loic biegł do piłki, to Francuz powinien natychmiast, nawet wślizgiem, wjechać po piłkę. A tak to tylko osłonił się i napastnik "Srok" miał więcej miejsca na uderzenie. Piłka nawet kanałkiem przeszła któremuś z zawodników, ale to inna rzecz...
W drugiej połowie Newcastle jakoś tak przygasło i to Cardiff zabrało się do odrabiania strat. Od pierwszej minuty drugich 45 minut nie było okazji, żeby odejść od ekranu, bo drużyny robiły akcję za akcją. Efektem tego był gol Odemwingie po pięknej asyście Jordona Mutcha, który po przerwie zmienił Kima. Do końca meczu to gospodarze stworzyli więcej okazji na zdobycie gola, przez co Newcastle zostało totalnie zepchnięte do defensywy. Muszę powiedzieć, że Coloccini to taki argentyński Pique, nie dość że z wyglądu podobny, to gra twardo jak jego hiszpański odpowiednik.
Nie wiem czemu NUFC było postrzegane, że będzie broniło się przed spadkiem. Na razie mają punkt straty do miejsca dającego Ligę Europy. Walijscy kibice też płakać nie mogą, bo na ich szczęście Fulham wygrało 1-0 ze Stoke. Życzę Cardiff jak najlepiej, bo mają potencjał.



