Wybacz rekin - w sobotę zagrałem jeden mecz na najsłabszym poziomie i moi przeciwnicy (starałem się wybrać słabych, wziąłem Clevland) mnie pokonali kilkunastoma punktami przy prawie 30 punktach z samych osobistych. Mówię: pierwsze koty za płoty i poszukałem treningu.
Trening w sumie g* dał, bo dziś gra mnie tak irytowała ciągłym odgwizdywaniem fauli że nawet żadnego meczu nie dokończyłem. W którymś w końcu na koniec pierwszej kwarty wygrywałem 16:5 ale później nic nie wpadało i moi natrzepali już fauli i wiedziałem co mnie później czeka. Póki co nie chce mi się w ogóle za to zabierać. Swoją drogą ostatni cały mecz kosza oglądałem chyba jeszcze w ubiegłym wieku i przypominam sobie czemu...



