Hull - Sunderland 1:1
zespół Gustavo Poyeta, jak to często bywa, kompromisowy. Niemniej jednak i tak zanosi się na to, że po raz kolejny Czarne Koty będą musiały, kolokwialnie to ujmując, spinać się na końcówkę sezonu i walczyć o utrzymanie. Przed dzisiejszym meczem została anulowana kartka Wesowi Brownowi i doświadczony Anglik zagrał na środku obrony obok Johna O'Shea. Nie ukrywam, że ucieszył mnie ten fakt, ponieważ jeszcze trochę i na zasłużoną emeryturę odejdą kolejni znakomici zawodnicy, wobec tego trzeba korzystać z okazji podziwiania ich jeszcze w grze. Inna sprawa, że sam Brown wielkiego meczu nie rozegrał, już na początku rywalizacji popełnił dość ostry faul, za co został ukarany żółtym kartonikiem i to w pewnym sensie ograniczyło go w spotkaniu, w końcu przez siedemdziesiąt minut musiał grać ze świadomością, iż jeszcze jedno groźniejsze przewinienie i opuści plac gry. Generalnie początek meczu z wyraźnym wskazaniem na ekipą gospodarzy. Sunderland nie za bardzo "ogarniał" w obronie, nie mówiąc już o poczynaniach ofensywnych, natomiast podopieczni Steve'a Bruce'a ruszyli do ataku od samego początku i po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Huddlestone'a, piłkę do siatki Pantilimiona zapakował N'Doye. Generalnie nie ma co ukrywać, że w pierwszej odsłonie przyjezdni ze Stadium of Light nie istnieli. Bruce dobrze zrobił decydując się na ustawienie 3-5-2 (w tym sezonie sięga po nie stosunkowo często, ale patrząc na wyniki, trudno mówić, aby było one sprawdzone) i tercet w środku pola Livermore-Huddlestone-Meyler rozegrał znakomite zawody, co przy właściwie braku nominalnych skrzydłowych u Poyeta, było znamienne. Do przerwy mogło być nawet wyżej, w końcu swoje szanse miał Nikica Jelavić, ale ostatecznie Hull prowadziło tylko 1:0, co zapewne w szatni nie odebrało nadziei gościom na uzyskanie lepszego wyniku. Widoczne było to już od wznowienia gry, w końcu zawodnicy urugwajskiego managera zaczęli atakować, a i wydaje się, że postawa defensorów była solidniejsza. Najlepszym, co zrobił Poyet, było wprowadzenie Patricka van Aanholta. Przyznam szczerze, że zaskoczyła mnie nieobecność Holendra w podstawowym składzie (nawet w weekend na Old Trafford, pomimo porażki, wypadł całkiem dobrze), ale na szczęście były zawodnik Chelsea udowodnił swój talent. Od razu zaczął się podłączać do akcji ofensywnych, Sunderland miał więcej dośrodkowań w pole karne McGregora, aż w końcu po podaniu lewego obrońcy do remisu doprowadził Jack Rodwell. Właściwie, to jeszcze przed ostatnim gwizdkiem arbitra, oba zespoły miały okazję na rozstrzygnięcie losów spotkania na swoją korzyść. Pantilimion dwukrotnie został zatrudniony przez ekipę gospodarzy, ale obydwa strzały zostały skutecznie obronione przez rumuńskiego golkipera. Podobną bez zarzutów postawę wykazali defensorzy Tygrysów, powstrzymując szukającego drogi do bramki gospodarzy, Jermaina Defoe. Cóż, Anglik był właściwie jednym z bardziej aktywnych zawodników w ekipie Poyeta, ale mam wrażenie, że upływ czasu swoje i robi, i jeszcze z dwa sezony temu, były snajper Tottenhamu wykorzystałby dzisiejsze okazje bez większego problemu.
Niezły meczyk, nawet jeśli do końca się wahałem w kwestii ostatecznego wyboru: Bolton - Reading czy Aston Villa - WBA również zapowiadały się interesująco.



