Leicester City - Tottenham Hotspur 1:1
niewiele dobrego można powiedzieć o tym widowisku. Końcówka w pełni zrehabilitowała dotychczasowe przeciętne kilkadziesiąt minut gry. W pierwszej połowie na uwagę zasługuje dynamiczne uderzenie Dembélé, po którym świetnie interweniował Schmeichel oraz może kilka zrywów Kane'a. Generalnie jednak bez większego szału, nawet jeśli Lisy nie rozczarowały i podjęły walkę z wyżej notowanym rywalem. Właśnie, to, co mi się najbardziej podobało to fakt, że podopieczni Ranieriego chcieli udowodnić, iż do tej pory w pełni zasłużenie zdobyli komplet oczek i zagrali tak, jak w 3. kolejce sezonu prezentuje się zespół z dwoma zwycięstwami na koncie. Zwłaszcza w drugiej połowie, na niewiele przed golem Alliego, gospodarze zamknęli Tottenham na ich połowie i wydawało się, że kwestią czasu jest gol numer jeden. O zdecydowanej przewadze Lisów świadczy to, jak wysoko znajdował się Morgan, momentami otrzymujący piłkę, znajdując się nawet na środku boiska. Remis wydaje się być w pełni zasłużonym rezultatem dla obydwu zespołów, bo tak jak Koguty objęły prowadzenie, tak Leicester odpowiedziało błyskawicznie i jeszcze do samego końca wykazywało chęć na strzelanie bramek. Mimo wszystko liczyłem dzisiaj na znacznie więcej w kontekście poziomu spektaklu na King Power Stadium, ale i tak zespół Ranieriego mnie nie zawiódł, wobec tego czekam na kolejne spotkania z jego udziałem.



