West Ham - Newcastle United 2:0
pierwsza połowa przeciętna. Emocji doczekaliśmy się dopiero, gdy upłynęło dziesięć minut, podczas których nie działo się dosłownie nic. W końcu kapitalne uderzenie Payeta przyniosło prowadzenie dla gospodarzy. Sroki próbowały odpowiedzieć, najbliższy szczęścia był Thauvin, ale w sytuacji sam na sam z Randolphem, uderzył prosto w nogi golkipera Młotów. Bardzo podobał mi się Janmaat, często podłączał się do akcji ofensywnych swojego zespołu, dośrodkowywał niebezpiecznie, rozgrywał piłkę i skupiał na sobie uwagę rywala. W drugiej połowie dosyć szybko gospodarze zadali drugi cios i ponownie strzelcem bramki został Payet. Największa pochwała wędruje jednak w stronę Mosesa, który przebiegł z piłką pół boiska, mając na swoich barkach dwóch zawodników Newcastle, następnie wstrzymując rajd, minął jednego z nich i oddał potężne uderzenie, po którym futbolówka trafiła w poprzeczkę. Dobitka Payeta była formalnością. Koledzy Mosesa ewidentnie docenili jego bieg, ponieważ zamiast do byłego zawodnika Marsylii, zgromadzili się wokół Nigeryjczyka i to jemu złożyli podziękowania. Sroki do ataku powróciły na ostatnie 10. minut, najbliższy szczęścia był de Jong, ale piłka po jego strzale została efektownie wyjęta przez Randolhpa, który dzisiejszym meczem mógł stworzyć konkurencję dla pauzującego za kartki Adriána. Cóż, Młoty wygrały, generalnie nie było to porywające widowisko, raczej mające sporadyczne chwile emocji, ale dla dwóch ładnie zdobytych trafień oraz kilku niezłych okazji podbramkowych z obydwu stron, warto było poświęcić ten wieczór dla widowiska na Upton Park.



