Fiorentina - Lech Poznań 1:2
bardzo miła niespodzianka. Pierwsza połowa słabiutka i usypiająca. Poza mocnym początkiem, w którym gospodarzy niewiele dzieliło od zdobyczy bramkowej, nie oglądaliśmy niczego specjalnego. Przewaga po stronie Włochów, ale grali oni poniżej oczekiwań, czego efektem było trochę "kopaniny", mało sytuacji podbramkowych i reakcje zgromadzonych na trybunach fanów, dających znać o swojej niecierpliwości oraz frustracji. Natomiast drugie czterdzieści pięć minut to zupełnie inny wymiar emocji, nawet jeśli jej początek znowu należał do przedstawiciela Seria A. Cóż, Kolejorz de facto nie zagrał świetnego spotkania, bo zarówno przed uzyskaniem prowadzenia mógł przegrywać (strzał Babacara), jak i mając już gola na koncie musiał liczyć na nieskuteczność rywala, który miał kilka naprawdę groźnych okazji. Vecino, Matías Fernández, do tego kilka dobrze bitych stałych fragmentów gry... Nie mówiąc o główce Babacara w doliczonym czasie spotkania. Bez wątpienia Burić miał co robić. Lech nie ograniczył się jednak do obrony i z grona sporadycznych ataków, dwa z nich udało się zamienić na bramki. Szkoda, że mistrz Polski nie był w stanie przypieczętować zwycięstwa trafiając na 3:0. Gdyby Gajos precyzyjniej zagrał do Hämäläinena, to mogłoby być po zawodach, a tak zostaliśmy skazani na jakże nerwową końcówkę... Na szczęście bośniacki bramkarz więcej już piłki z własnej bramki wyciągać nie musiał.



