No to może inaczej. Czerpię taką samą przyjemność z wygranej mojego zespołu załóżmy 4:0 niezależnie od tego czy jest to mecz z Realem w LM, czy z z Forrest Green w pucharze myszki miki, jak i smucę się tak samo z przegranej 0:4 niezależnie od tego czy jest to mecz z Realem w LM, czy z z Forrest Green w pucharze myszki miki. Nie wartościuje meczów w stylu "ta porażka mnie mniej boli, a to zwycięstwo bardziej", bo koniec końców kibicowanie to dla mnie w głównej mierze 2x90 minut tygodniowo które spędzam na oglądaniu meczyków swoje drużyny, a nie szpanowanie przed (no właśnie - przed kim?) że mój zespół jest fajny bo gra w LM, albo niefajny bo w niej nie gra.
Jeśli mój Arsenal kończy ligę z 87pkt to oznacza dla mnie nie mniej nie więcej, że w 90% meczach które w tym sezonie oglądałem zapewnili mi przyjemność. A czy na koniec sezon będzie to oznaczać 5. miejsce za plecami Liverpoolu i Man United, czy też mistrzostwo kraju lub puchar prezydenta Andrzeja Dudy - to już są naprawdę detale które dla mojego podejścia do sprawy niewiele zmieniają.
Co by się w moim życiu konkretnie zmieniło, gdyby wczoraj Man City się wyjebał i Arsenal zdobył mistrza? Zaczęlibyście mnie bardziej szanować czy coś?



