cloner
Post Wyświetl pojedynczy post autor: Mentor » 27 wrz 2006, 12:23
http://sport.gazeta.pl/sport/1,65026,3642037.htmlSpędziłem w Hiszpanii mnóstwo czasu na nauce, podglądaniu innych. Wiem, jak trzeba pracować, i jestem przygotowany, by robić to w kraju - mówi były reprezentant Polski, obecnie szkoleniowiec Mirosław Trzeciak
Robert Błoński: Dlaczego chce Pan wracać do kraju?
Mirosław Trzeciak: Cztery lata uczyłem się fachu trenerskiego w Hiszpanii. Jeździłem po klubach, poznałem wielu ludzi, zdobyłem sporo doświadczeń i przyszedł moment, by podjąć poważną pracę. W Polsce albo Hiszpanii. Znam języki i kulturę obu krajów. Mam upragniony tytuł trenera narodowego. Mogę prowadzić każdy zespół w Europie.
Ile się Pan uczył, by dostać te dokumenty?
- Kurs był trzystopniowy. Pierwszy trwał rok i dawał prawo do trenowania juniorów. Drugi stopień to półtora roku i po egzaminach miałem możliwość pracy z klubami III ligi. W tej chwili mam dokumenty, które uprawniają mnie do pracy wszędzie.
Spędziłem w Hiszpanii mnóstwo czasu na nauce, podglądaniu innych. Wiem, jak trzeba pracować, i jestem przygotowany, by robić to w Polsce. Mimo że u nas brakuje wielu rzeczy. Brak metodologii pracy, nic nie jest opisane, nie ma baz danych, standardowych prób wydolnościowych, siłowych ani szybkościowych. Nie ma opisów zawodników.
Co to jest opis zawodnika?
- Kiedy pracowałem w Hiszpanii, spotykałem się z zawodnikami i rozmawiałem z nimi jak w szkole. Pytałem, co mają dobrego, a co złego. Spisywałem to, a po pewnym czasie dopisywałem swoje spostrzeżenia. Z tego powstawały oceny indywidualne.
Dziś wszystko musi być ustandaryzowane. Chodzi o to, by - pracując w grupie - posługiwać się jednym językiem. Trenerzy w Hiszpanii mają skatalogowane gry i ćwiczenia pod względem metabolicznym, taktycznym, technicznym i psychologicznym. Intensywność zajęć również jest skatalogowana. Wiadomo, kto, kiedy, ile i jak trenował.
Jaki ma Pan pomysł na pracę?
- Współpracowałbym z trenerem od przygotowania fizycznego, który na mój roczny plan przygotowania techniczno-taktycznego nałożyłby swój projekt przygotowania fizycznego. Plan pracy zależy od wieku zawodnika. Dla młodzieży jest stały, bo ją się tylko formuje i edukuje. Dorośli rywalizują i dla nich plany są zmienne. Oni muszą osiągnąć wyniki.
Wie Pan, jak w Polsce trenuje się dzieci?
- Konia z rzędem temu, kto wie, jak w Polsce ma ćwiczyć 13-latek. Albo ile czasu może trwać najdłuższe ćwiczenie wydolnościowe dla 15-latka.
W polskich klubach, kiedy nie ma wyników, znajomy fizjolog robi parametry. Mówi, że coś jest nie tak, ale nie bardzo wiadomo, co z jego badaniami zrobić. I po omacku próbuje się poprawiać. Nie wiedząc, jakie mają być proporcje pracy fizycznej do pracy taktycznej i technicznej. Na Zachodzie takie plany istnieją. Ale polskie kluby nie są dobrze zorganizowane.
To nic odkrywczego.
- Gdybym dostał pracę w kraju, wszyscy u mnie musieliby mówić jednym językiem. Wprowadziłbym plan dla drużyn dziecięcych aż do wieku juniora. Do 16. roku życia najważniejsze jest uformowanie i wyedukowanie piłkarza, a nie rywalizacja. Zrobiłbym roczne, stałe plany w których określiłbym miesięczne cele taktyczno-techniczne. A później tygodniowe. I krok po kroku musiałoby to być realizowane.
Do tego trzeba odpowiednich trenerów.
- Odpowiadaliby za wykonywanie ćwiczeń narzuconych przeze mnie, ustalonych według mojego klucza.
Jak dawno był Pan w Polsce?
- Parę dni po mistrzostwach świata.
To, co Pan mówi, jest piękne, ale jak to przeczytają ludzie polskiej piłki, to popukają się w głowę.
- Obecnie w Polsce nie ma żadnej metody. Byłem przez dwa tygodnie na stażu u Rafaela Beniteza w Liverpoolu. On ma skatalogowane nie tylko wszystkie gry, ale wszystkie wyznaczniki, jakimi analizuje się rywala i własny zespół. I według tych wyznaczników każdy pracuje. Dzięki temu można porównywać dane i wyciągać wnioski. U nas podstawą jest intuicja i doświadczenie.
Nie ma boisk...
- W Rumunii też nie ma. W Brazylii podobno też nie. Polacy to naród, który chyba najwięcej na świecie trenuje! Zimowa przerwa w rozgrywkach ligowych trwa pięć miesięcy. Mimo to jeśli chodzi o pracę tlenową - podstawę intensywnych wysiłków - mamy jedną z najgorszych w Europie! To kuriozum. Bo nie umiemy pracować nad tym pracować.
Kiedyś był jeden makrocykl treningowy. W tej chwili w wielkich klubach robi się po pięć makrocykli rocznie. Tak, aby forma rosła i opadała. Teraz łatwiej można sterować dyspozycją piłkarza i wpływać na nią. Każdy makrocykl kończy się próbami szybkościowymi, wytrzymałościowymi i siłowymi. Jest perfekcyjnie kontrolowany w małych odstępach czasowych.
To co powinno się robić w trakcie przerw w rozgrywkach?
- Lepiej je wykorzystać na przygotowanie zawodników. Nasi piłkarze są bardziej otłuszczeni od innych. Nawet od Niemców, mających podobny klimat. O Hiszpanach nie wspomnę. Niewielkie podniesienie się tkanki tłuszczowej wpływa negatywnie na znoszenie intensywnych obciążeń. Czas, w którym się nie gra, powinien być wykorzystany na naukę pracy tlenowej.
Rafael Benitez sprawdza prędkość progową piłkarza. Kiedy ktoś nie ma 12,5 km/godz., musi odejść. Tak było z uwielbianym przez fanów z Anfield Dannym Murphym. Po testach Benitez powiedział mu, że nie zagra 60 meczów na równym poziomie, bo jego organizm nie jest wytrenowany. To wszystko kształtuje się już u dzieci.
Najlepsi zawsze będą uciekać z Polski za granicę. Jedynym wyjściem jest szkolenie młodzieży i wychowankowie. To jest przyszłość. Ale żeby mieć wychowanków, należy narzucić metodologię pracy w grupach młodzieżowych. Do przygotowania fizycznego sprowadziłbym człowieka z Hiszpanii.
To, jak pracuje się w polskich klubach, widać po wielkich wahaniach formy. I po tym, jak wiele tych lepszych drużyn gra z dużą intensywnością. Polskiej lidze brakuje tempa. To sprawa treningów. Jak się trenuje, tak się gra.
Czemu jest u nas coraz mniej dobrych piłkarzy? Ponosimy klęski w pucharach. Przepaść między Polakami a najlepszymi jest coraz większa.
- 20 lat temu w klubach było więcej pieniędzy, lepiej zajmowano się młodzieżą. Po przemianach w Polsce padał jeden klub po drugim. A małe kluby nie miały żadnych możliwości przeżycia. Przez długie lata sport się w Polsce dewaluował. W kolejnych generacjach coraz mniej było indywidualności. A przecież one powstają z porządnego treningu. Dzieci w Polsce trenują dziś często ludzie przypadkowi.
Ale plany można narzucić odgórnie. Mamy wielkich ludzi, np. Zbigniewa Bońka. Federacja włoska na pewno by nam pomogła, udostępniła swoje doświadczenia. Potęga Czechów nie wzięła się z przypadku. 15 czy 20 lat temu poprosili o pomoc Francuzów, teraz mają francuską myśl i model w pracy z dziećmi. Dostali sposób treningu, widzenie piłki i zaszczepili to w swoim maleńkim kraju. Efekty widać. Ktoś musi zacząć w Polsce rewolucję.
Ależ ona trwa. Tyle że innego rodzaju. W poniedziałek z funkcji prezesa PZPN ma zrezygnować Michał Listkiewicz, toczy się śledztwo w aferze korupcyjnej, Wisła Kraków wyrzuciła trenera, Legia przegrała z ostatnim zespołem III ligi, a kadra z Finlandią... To, o czym Pan opowiada, to kosmos dla naszych klubów.
- W kraju jest coraz więcej ludzi dobrze zarządzających klubami - menedżerów, marketingowców. Ale nie ma nikogo, kto potrafiłby zarządzać klubem od strony sportowej. W każdym klubie trzeba się zastanowić - chcemy grać jak Barcelona czy jak Chelsea? Wychować skrzydłowych, czyli znaleźć piłkarzy szybkich, odważnych, grających jeden na jednego, czy takich, co mają żelazną kondycję i będą długo posiadać piłkę. Do tego potrzebni są ludzie mający inne spojrzenie niż do tej pory.
Kiedyś jedni mówili, że najważniejsza jest siła, inni - że technika, a pozostali - że taktyka. Trzy wspomniane rzeczy ścierały się - co jest ważniejsze. Okazało się tymczasem, że najważniejsze jest... podejmowanie decyzji. Co z tego, że jestem świetnie przygotowany fizycznie, jeśli biegam po boisku i nie wbiegam w miejsce, w które powinienem. Albo co z tego, że mam wspaniałą technikę, jeśli podam za wcześnie. Albo że mam świetną taktykę, a decyzję podejmuję nie w tym momencie co trzeba. Dlatego powstała metodologia treningu - w piłce trzeba wykrywać problemy. A potem stwarzać je na treningach.
Tak postępuje Benitez. Ma zapisanych kilkadziesiąt problemów. Np. z kontratakiem. Ale to mało. Czy mam kłopot z inicjowaniem ataku, wyprowadzaniem czy finalizowaniem? W zależności od tych problemów Benitez ma program komputerowy, który - na konkretne problemy - daje konkretne gry-rozwiązania.
Kiedy trener wie, z czym mam problem, pyta specjalisty od przygotowania fizycznego, w jakim momencie mikrocyklu są zawodnicy. W zależności od tego momentu gry-rozwiązania mają odpowiednią intensywność, czas, objętość boiska i liczbę dotknięć w każdej grze. Trening polega na porozumieniu tych dwóch ludzi.
Trener w Liverpoolu jest zmuszony, by były wyniki. Nie planuje na rok, jak ja mógłbym to zrobić w juniorach. Ja ich nie przygotowuję na trzeci mecz z liderem. Mam z nimi przerobić pewien program. Jeśli ich nie nauczę, zawodnik będzie jednostronny. Ostatnio w polskich młodzieżówkach sporo było zawodników dobrze grających jeden na jednego, szybkich. Potem znikali. Mieli być figurami, są pionkami.
Są w Polsce trenerzy opierający się na intuicji, a nie komputerze i nauce, choćby Franciszek Smuda. A tytuły zdobywał w trzech klubach.
- Nie wierzę, że ktoś nie potrzebuje fizjologa. Futbol zmierza do indywidualizacji treningów. Teraz testy robi się nawet na technikę. W porządnych klubach opisuje się przygotowanie fizyczne, techniczne i - co pół roku - rozwój mentalny według kategorii narzuconych przez psychologa.
Hiszpańskie kluby I i II ligi mają specjalne programy, z których jasno wynika przygotowanie fizyczne, techniczne i taktyczne. Widać w komputerze, jakie są odległości między pojedynczymi zawodnikami w formacjach i między formacjami.
W Polsce tego nie ma nikt, a mimo to być trenerem można.
- Hiszpanie przyznają, że kiedy nie mieli tego programu, to często podejmowali złe decyzje. Opierali się o swoje sympatie, wrażenia i przyzwyczajenia. Kiedy dostali materiał - jak porusza się grupa przez cały mecz - zmieniła się ich optyka. To kosztuje majątek, ale w Hiszpanii nie wyobrażają sobie pracy bez tego. Na oko i intuicję już się pracować nie da. Bo nie da się zareagować szybko. A błędy widzi się, dopiero kiedy jest źle.
Jeśli chodzi o trenera Smudę, to zawsze miał silną osobowość, dobry kontakt z zawodnikami i wyniki. Wiedział, czego chce. Nigdy jednak nie można powiedzieć, że drużyna nie grałaby lepiej, gdyby było o niej więcej wiadomo. Skoro w futbolu kibic jest dziś dwunastym zawodnikiem, to informacja jest trzynastym. Ludzie biją się i płacą grube pieniądze za informacje.
Chce Pan pracować w klubie w którym każdego dnia może przyjść prezes i powiedzieć: "panie Trzeciak, do widzenia". Ostatnio taka sytuacja zdarzyła się Danowi Petrescu w Krakowie.
- Takie realia są wszędzie. W Hiszpanii presja jest sto razy większa i wyrzuca się szkoleniowców znienacka.
W Polsce Legia wydaje się solidniejsza, ale w Wiśle jest więcej piłkarskich talentów. Ostatnio były jednak mało przebojowe. Szczególnie skrzydłowi. Drużyna nie umiała być kreatywna, za długo wprowadzała się w sezon. To są objawy, że coś nie było tak ze szkoleniem zespołu. Słyszałem, że Petrescu też nie przejmował się badaniami.
Ja na początku zrobiłbym badania wydolnościowe. Takie jak na Zachodzie. Od razu porównałbym wyniki z piłkarzami hiszpańskimi. Ale nie mógłbym narzucić takich obciążeń jak tam. Benitez chce, by podczas meczu jego piłkarz pracował z prędkością między 14 a 21 km/godz. Ma to na uwadze przy planowaniu ćwiczeń. Gdybym ja takie narzucił, natychmiast "zajechałbym" polską drużynę. Poza tym technika zespołu nie pozwoliłaby na taką płynność gry. W Polsce miesiącami dochodziłoby się do pewnego poziomu.
Trzeba poprawiać jakość gry, ale nie można przemęczyć graczy. Kiedyś nowy trener przychodził i od razu dawał zawodnikom w kość. Bo "u poprzednika nic nie robili". To błąd.
Teraz praca jest zindywidualizowana. Kiedyś pracę tlenową wykonywało się podczas przygotowań. Teraz - przez cały sezon. Zawodnicy dłużej utrzymują się na wysokich parametrach i mogą powtarzać duże wysiłki wielokrotnie.
Wyobrażam już sobie prezesa, który mówi: "piękne słowa, panie Trzeciak, ale jakie daje mi pan gwarancje na wynik. I ile miałbym czekać".
- Gwarancje to dają banki. Ja będę ciężko pracował. Szybko przedstawię spójny plan. Ale najpierw musiałbym wykryć, co jest do poprawy. To jest najważniejsze - diagnoza. Wielcy trenerzy są mistrzami w syntetyzowaniu ogromnej ilości informacji. I podawaniu tego w małych pigułkach piłkarzom. Esencji tego, co będzie im potrzebne w następnym meczu.
Ostatnie spotkania kadry, porażki w pucharach, afera w PZPN wprowadzają nas w pesymizm. Ale ja nigdy się nie zgodzę z tym, że nie mamy piłkarzy, by ograć Finów, Iraklis czy Austrię Wiedeń.
Z piłkarzami doszedłby Pan do porozumienia? Nie byłby Pan dla nich "mądralą z Hiszpanii"?
- Żaden problem. Nauczyłem się tego, że szkoleniowiec musi przekonać piłkarza swoją wiedzą. Taką, która da zawodnikowi zwycięstwo. Jak piłkarz coś robi i widzi, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, pozwala mu wygrywać, mieć coraz wyższe umiejętności, że informacje, które dostaje od trenera, pomagają mu, szybko stanie po mojej stronie. Wszyscy jesteśmy egoistami, każdy patrzy tam, gdzie może odnieść korzyści. Gdy trener w tym pomaga, ma zawodników za sobą.
Co robiłby Pan w klubach gdzie jest presja mistrzostwa, a co w takich, gdzie celem jest utrzymanie?
- Wszędzie z takim samym zapałem chciałbym wprowadzić metody, o których mówiłem. Interesowałyby mnie bardzo drużyny młodzieżowe. To przyszłość. Im szybciej to zrozumiemy, tym lepiej. Może wtedy zamiast za 20 lat już za siedem-osiem doczekamy się generacji lepszych piłkarzy.
Oduczyłby Pan dzieci jedzenia hamburgerów, picia coli?
- Wszystkich na pewno nie. Ale dzieci trzeba edukować. Pół treningu to trening, a drugie pół - rozmowa. Kiedy pracowałem z juniorami, po wyjściu na boisko wyjaśniałem, jaki jest cel dzisiejszych zajęć. To podstawa.
Przed treningami piszę sobie wszystkie błędy, jakie zawodnicy mogą popełnić. Później to mi pomaga w ich wykrywaniu. Już się nie zastanawiam, co zrobił źle - ja to widzę. Kiedy pracuję nad długim podaniem, nie krzyczę, że ktoś źle przyjął. Wyłącznie chwalę gracza, jeśli dobrze poda. Młodych ludzi trzeba motywować, zachęcać.
Byłem w Barcelonie na stażu i słyszałem, jak mówili dzieciakom: "bierz piłkę i ryzykuj". Głowa jest jak twardy dysk. Jak coś zrobię dobrze, uda mi się wygrać pojedynek, dobrze dośrodkować i kolega strzeli gola, to na twardym dysku się to zapisze. I nadal będę to robił dobrze.
Kiedyś Stefan Majewski przyszedł do Polski po szkole niemieckiej, Stanisław Gzil z Belgii. Obaj wprowadzili różne nowinki, których nie zaakceptowali piłkarze.
- Wszystko można opracować wspólnie z zawodnikami. Ja nie pilnuję piłkarzy. Wolę go codziennie zważyć, raz w miesiącu zmierzyć tkankę tłuszczową i sprawdzić, jakie ma zakwaszenie. I już doskonale wiem, jak prowadzą się piłkarze. Sam nim byłem.
Teraz można zbadać zawodnika idealnie. Nie trzeba za nim chodzić. Trudno, by w świecie piłki nawet na poziomie polskiej ligi nie można było kogoś przekonać do zrzucenia pięciu kilogramów. Zarabiając setki tysięcy złotych, mają obowiązki wobec klubu, trenera i - przede wszystkim - siebie. Swojej ambicji.
Ale mentalność polskiego piłkarza jest taka, by jak najwięcej i jak najszybciej zarobić.
- Młody piłkarz musi wiedzieć, szczególnie w czasach gdy jest mnóstwo menedżerów mieszających im w głowach, że pieniądze zawsze będą towarzyszyć dobrym zawodnikom.
Ale polski piłkarz zadowala się jednym dobrym kontraktem.
- Wiem, że niełatwo przekonać kogoś do ciężkiej pracy. My mamy mentalność postkomunistyczną. Społeczeństwa zachodnie bardziej szanują mrówczą pracę i autorytety. Dlatego mówię, że piłkarza trzeba edukować od małego.
Piłka to nie nauka. Żaden komputer nie powie Panu, dlaczego piłkarz nie strzelił do pustej bramki i z tego powodu Pana zespół przegrał.
- Przygotowanie fizyczne można kontrolować w sposób naukowy. Plan techniczno-taktyczny to sprawa, która zależy od inwencji tworzącego. Trzeba mieć sporo wiedzy, wymieniać doświadczenia z innymi, dużo czytać. Jest wielu autorów, którzy dla mnie są wyznacznikami, którzy wymyślili takie właśnie spojrzenie na piłkę. Jeden to Portugalczyk Jorge Castelo. Wydał fantastyczną książkę "Futbol - dynamika i struktura gry". Przedstawił, w jaki sposób dzieli problemy, które mogą się wydarzyć. Jak dobiera do nich trening. Jeśli chodzi o taktykę, to opieram się na moim znajomym Mikele Etxarrii. Jeden z najlepszych wykładowców tej dziedziny.
A o podręczniku Jerzego Talagi Pan słyszał?
- Widziałem tę książkę. Często pojawia się w bibliografiach pod różnymi pracami - z Włoch czy Hiszpanii. Ale ma ona swoje lata. Teraz trening - z analitycznego, czyli polegającego na powtarzaniu pewnych rzeczy - zmienił się w globalny albo integralny. To znaczy, że technikę, taktykę, przygotowanie fizyczne ćwiczy się w grach.
Gdzie dotąd Pan pracował?
- Najpierw byłem drugim trenerem w Polideportivo El Ejido. Potem w filialnym klubie Osasuny i - rok temu - w III-ligowym zespole Riverebro. Zajęliśmy miejsce w środku tabeli. Historię mam krótką.
Oczekiwań co do pracy wielkich nie mam. Pół roku powinno mi wystarczyć na przekonanie kogoś do siebie. Presja jest wszędzie, możliwość wywalenia z pracy taka sama. Rok temu w II lidze hiszpańskiej zmieniono 23 trenerów - więcej, niż jest drużyn! To normalna sytuacja.
Ale w Hiszpanii wszystko jest bardziej ucywilizowane, w Polsce byłaby to praca u podstaw. Niech przy klubach powstają fundacje, aby można było wpłacać pieniądze na dzieciaki. Ale przede wszystkim musi być plan, według którego zaczną pracować. Jeśli tego nie będzie, nie ruszymy z miejsca.
Mentor

assurbanipal
cloner
Post Wyświetl pojedynczy post autor: Yukasz » 08 paź 2006, 0:56
Artykuł: Niedynamiczne Dynamo
Co się stało z Dynamo Sankt Petersburg? Dlaczego rozpadł się jeden z najsilniejszych klubów w Rosji, zespół na poziomie nawet euroligowym? Jakie jest w całym tym bałaganie miejsce Macieja Lampego? Wiele pytań, niewiele odpowiedzi.
Europejska koszykówka rozwija się bardzo prężnie i coraz wyraźniej dopomina się o swoją pozycję nie tylko ubogiego krewnego NBA, ale równoprawnego partnera. Tymczasem kilkadziesiąt godzin temu światło dzienne ujrzała druga strona europejskiego medalu, powszechna na niższych szczeblach rozgrywek, ale jak widać - obecna również w samej elicie.
Sztab trenerski Dynama St. Petersburg zebrał zespół na spotkaniu. Niektórzy zawodnicy przeczuwali już od kilku dni, że coś jest nie tak, ale wielu z nich przypisywało to nieco szalonej atmosferze, jaka panuje wokół sportu w byłym - bądź co bądź - komunistycznym kraju. Okazało się jednak, że to, czego mieli się dowiedzieć, odbiło się szerokim echem nie tylko wśród ciasnych ścian szatni, ale po wszystkich zakątkach europejskiej koszykówki.
To było zaskakujące posunięcie - Dynamo ogłosiło, że zespół został rozwiązany, uciekając w ten sposób od wielomilionowych zobowiązań, tak obecnych, jak przeszłych, wobec swoich zawodników. W tym miejscu należy uświadomić sobie, jaki jest kaliber problemu. Dynamo St. Petersburg to jeden z najbogatszych klubów w Europie (10 milionów dolarów budżetu), który w ubiegłym sezonie ukończył na drugim miejscu jedną z najsilniejszych europejskich lig, a potem zdobył brązowy medal w play-off. Dynamo miało w nadchodzącym sezonie występować w pucharze ULEB, a żeby było ciekawiej - na godziny przed ogłoszeniem decyzji klubu, na oficjalnej stronie ULEBcup.com pojawiła się zapowiedź przyszłego sezonu, w której Dynamo jest przedstawiane jako jeden z faworytów do końcowego sukcesu.
Dynamo St. Petersburg zostało założone w 2004 roku, ale na europejskich salonach ogłosiło się jasno i wyraźnie, wygrywając puchar FIBA Europe League już w pierwszym sezonie swojego istnienia. Dynamo to był niesamowity projekt, ale po części też fanaberia bogatych rosyjskich oligarchów.
Do pewnego momentu wszystko przebiegało jednak gładko. Co zatem poszło nie tak? Oficjalne stanowisko mówi o nieporozumieniach między klubem a miastem, które nie chciało utrzymywać w St. Petersburgu drugiego - obok Spartaka - klubu koszykarskiego. Dynamo było reprezentowane w rozmowach z miastem przez prezesa Vladimira Radianova, który - o ironio! - trzy lata temu był prezesem Avtodora Saratov, który również zbankrutował i został zlikwidowany.
Jako główny sponsor Dynama (obok specjalnie powołanego stowarzyszenia sportowego), władze miasta trzymały losy klubu w garści. Odcięcie ponad 5 milionów dolarów, jakie St. Petersburg łożył na Dynamo oznaczało, że wszelkie podpisane zobowiązania tracą jakiekolwiek podstawy finansowe. Bez gwarancji ze strony miasta oraz jednego z największych rosyjskich banków, który w tej sytuacji zaczął zachowywać się nerwowo, Dynamo nie mogło liczyć na przychylność rosyjskiej federacji w przyznaniu prawa do gry w przyszłym sezonie.
Na kłopoty finansowe nałożyły się zwyczajne kwestie ambicjonalne i polityczne. W zarządzie miasta zasiadają byli oficjele komunistycznej partii Związku Radzieckiego, natomiast grupy związane z byłym KGB mają udziały we wszystkich rosyjskich klubach noszących nazwę "Dynamo", a także prawa do tej nazwy. Miasto chciało, żeby Dynamo połączyło siły z miejscowym Spartakiem i żeby w ten sposób powstał klub o najwyższych ambicjach. Dynamo nie wyraziło zgody i dlatego miasto wycofało się z finansowania.
Poważną konsekwencją tych wydarzeń jest nieoczekiwane zasilenie rynku wolnych graczy przez zawodników do niedawna związanych z Dynamem. Kelly McCarty miał zarobić w przyszłym sezonie 700 tysięcy dolarów, Ognjen Askrabic - również 700 tysięcy, Vladimir Veremeenko, Eddie Gill i Goran Jeretin po 600 tysięcy, Maciej Lampe 650 tysięcy, a na tych graczach lista się nie kończy. Środek października to nie jest najlepszy moment na poszukiwanie klubu, dlatego żaden z tych graczy nie może liczyć na porównywalne pieniądze, zwłaszcza kiedy Europę zaleją koszykarze zwalniani z NBA w ramach uszczuplania składów do przepisowych 15 nazwisk w miarę zbliżania się do końca obozów przygotowawczych.
Europa wielkimi krokami zbliża się do NBA pod względem sportowym. Organizacyjnie jednak zbyt często dochodzi do takich przypadków, jak Dynamo, Ulker Stambuł (który został rozwiązany latem), Avtodor Saratov czy też niedawnych kłopotów Virtusa Bologna, który spędził dwa lata poza Lega A. Stabilność finansowa i organizacyjna to teraz priorytet europejskiej koszykówki. Poziom sportowy - już i tak niezły - podąży za takimi przemianami samoczynnie.
Yukasz
Baqu
Corinthians
Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 06 lis 2006, 16:14
franz
cloner
Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 07 lis 2006, 16:33
franz
Duch

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Baqu » 19 lis 2006, 16:49
Baqu
Post Wyświetl pojedynczy post autor: Mentor » 19 lis 2006, 23:48
http://www.nie.com.pl/art7923.htmPrzegięła pałę
Kobieta skazana na rok więzienia za zrobienie loda.
Sprawa zaczęła obiegać świat latem tego roku.
Sąd w Bergen (Norwegia) podtrzymał wyrok skazujący 23-letnią kobietę na 9 miesięcy ciupy i 40 tys. koron odszkodowania za „fellatio”, co przekładając na język rodzimy znaczy obciągnięcie druta lub zrobienie loda, obciągnięcie laski albo ssanie pały – jak kto woli.
Nieszczęsna niewiasta 4 stycznia 2004 r. balangowała z dwoma panami. Spożyli podczas balangi co nieco, ale w proporcjach norweskich, czyli to, co w polskiej filozofii pijackiej określa się mianem nicości absolutnej. Jeden z uczestników niewinnej balangi, 31-latek, zasnął na sofie. I według jego opowieści, gdy się obudził, poczuł, że podczas snu zrobiono mu loda. Według zeznań 23-latki ona i owszem obciągnęła mu fujarę, ale on się obudził i nie protestował i nawet odwdzięczył się za miłą przysługę szerokim uśmiechem. 31-latek, któremu obciągnięto, jak podaje dziennik „Dagbladet” z 27 kwietnia 2005 r., poczuł się tak tym urażony, że się rozpłakał jak dziecko, poczem pobiegł do komendy, by zgłosić przestępstwo. Na dowód pokazał gacie i własną fujarę, z której pobrano DNA śliny. Nie trzeba było Sherlocka Holmesa, by stwierdzić, że DNA śliny pasuje jak ulał do 23-latki. Biedna męska ofiara obciągania popadła w psychiczny dołek i miewa teraz nocne koszmary.
Sprawa znalazła się w sądzie, a prokurator zaaplikował paragraf 192 prawa karnego, czyli gwałt. Prawo karne nie oddziela płci. Każdy akt czerpania seksualnej korzyści bez zgody part-nera jest w istocie uznany za gwałt. Będzie nim zarówno przelecenie nawalonej w trupa baby, jak i obciągnięcie fujary narzeczonemu, który akurat nie ma na to ochoty. Summa summarum nasza bohaterka dostała 9 miesięcy bez zawiasów i 40 tys. koron odszkodowania na rzecz pokrzywdzonego.
Patrząc na sprawę znad Wisły można się palnąć w banię i współczuć facetowi, co za zrobienie loda idzie na policję. Myślę, że i posterunkowy skręcałby się ze śmiechu z frajera, co
za laskę idzie składać skargę i żąda dochodzenia. Ale nie w Norwegii. Tu normalną ludzką wesołość dawno już zastąpiono pigułką prozak.
Adwokat 23-latki niejaki pan Per Magnus Kristiansen wniósł o ponowne rozpatrzenie sprawy, ale udało mu się zbić tylko jeden miesiąc z wyroku.
Pan prokurator SmÂrdal natomiast wyraził zadowolenie z wyroku. Sprawę potraktował śmiertelnie poważnie i oznajmił, że prawo nie czyni różnicy między mężczyzną i kobietą, jeśli
chodzi o seks bez obopólnej zgody. Bo do tanga trzeba dwojga.
Jest w Norwegii prawo „likestillingsliven”, na które polskie feministki czekać będą długo. Prawo to daje równouprawnienie kobietom praktycznie we wszystkich dziedzinach życia.
Narodową przywarą Norwegów jest chorobliwa polityczna poprawność. Z języka skasowano już dawno rodzaj żeński rzeczowników nazw niektórych zawodów. Nie ma już, jak to dawniej bywało, podziału na nauczyciel „Idrer” i nauczycielka „Idrerinne”, jest słowo nauczyciel bez względu na płeć. To samo dotyczy pielęgniarki itp. Osobiście uważam, że ofiarą tej politycznej poprawności zrównania kobiet z mężczyznami padła nasza samarytanka seksualna. Przywalono jej wyrok właśnie w myśl zasady równouprawnienia. Płeć nieważna, ważny czyn.
Nieszczęsna niewiasta jest pierwszą kobietą w Norwegii skazaną za gwałt. Czy czeka ją sława Moniki Levinski? Nie sądzę. W kraju tym o seksie można mówić tylko w terminologii medycznej. Politycznie poprawnie jest stwierdzić: spenetrował partnerkę waginalnie, poczem ona ujęła penisa part-nera i uprawiała z nim seks oralny, co w wolnym przekładzie daje: wybzykał panienkę, a ona z wdzięczności zrobiła mu loda.
Sędzia w końcowej mowie po odczytaniu wyroku podkreślił, że łagodny wyrok w tej sprawie motywowany jest faktem, iż szanse oskarżonej na powtórne popełnienie przestępstwa są minimalne. Rozumiem. Której by się chciało brać do buzi po takiej aferze. Adwokat poszkodowanego Roar Vegsund motywował wyrok tym, iż facet, któremu obciągnięto, wciąż płacze i czuje się jak zgwałcona dziewica.
Autor : Igor Ziemiołożyński
Mentor
Post Wyświetl pojedynczy post autor: Mentor » 26 lis 2006, 18:20
http://fakty.interia.pl/felietony/ziemk ... udy,820751Rafał Ziemkiewicz pisze:Trzy dni obłudy
Nie ulega kwestii, żałoby wychodzą u nas coraz bardziej profesjonalnie. Stacje telewizyjne szybko wrzucają logo w czerń albo opatrują je czarną pętelką, podobnie zmienia się kolor internetowych winiet i pierwszych stron gazet, a przyuczeni dziennikarze gładko sypią dyszoszczypatielne frazy: "Wszystkie polskie serca przepełniła żałoba", "Cała Polska łączy się w bólu", "Wszyscy płaczemy razem z rodzinami ofiar" i tak dalej.
Telewizje pilnują się nawzajem, czy może która nie dość skwapliwie przybrała żałobną minę i nie zdjęła dobranocki. I licytują się ogłaszaniem na czarnych paskach, ile która przeznacza dla rodzin ofiar. A jeśli zamiast obowiązkowego nieustającego rozsmakowywania się w płaczu wdów i sierot poleciał gdzieś normalnie serial, ogłasza się hańbę i znieczulicę i odpowiedzialni muszą się grubo tłumaczyć.
Prezydent ogłasza żałobę narodową. Trzydniową. Jeden dzień by nie wystarczył. Po zawaleniu się hali targowej, gdzie zginęło znacznie więcej osób, jeden dzień wystarczył, ale wtedy było wtedy, a teraz jest teraz - zginęli nie przypadkowi hodowcy gołębi, tylko górnicy na posterunku pracy.
Nasi żołnierze w Iraku też ginęli na posterunku, ale do głowy nie przyszło nikomu ogłaszać z tego powodu żałobę. Teraz może przyjdzie.
Zginęło 23 ludzi. Każdego weekendu o kilkunastu więcej ginie na polskich drogach, ale to nie jest żaden news, nie ma do pokazania zapłakanych wdów i sierot zebranych w jednym miejscu, więc nikt z tego powodu nie będzie urządzał żałobnego cyrku, a prezydent nie będzie się starał zasłużyć ogłaszaniem trzydniowej żałoby. Zresztą musiałby dla proporcji ogłosić czterodniową.
Wszystkie serca się rwą i płaczą, cały kraj stanął porażony ogromem górniczej tragedii. Tylko że jak oderwę wzrok od telewizora czy gazety, to nic podobnego nie widzę. Ludzie zajmują się swoimi sprawami, śpieszą się, cisną w metrze, klną, jak jeden drugiemu nadepnie na stopę. Nikt nie odwołuje codziennych zajęć - chyba że jest aktorem albo muzykiem, ale to nie jego decyzja - nikt nie przekłada na inny dzień imienin.
Jeśli właściciele dyskotek usłuchają nakazu pana prezydenta i pozamykają w ten weekend lokale, to ludzie strasznie ich sklną. Ale pewnie większość nie zamknie. Ot, powiesi się na stroboskopach czarną wstążkę albo zarządzi w trakcie, żeby wszyscy przerwali na moment pląsy i chwilą ciszy oddali cześć ofiarom tragedii. I jakby co, to znaczy jakby przyszła policja, będzie można wytłumaczyć, że impreza miała poważny charakter.
Może jakiś tabloid trzaśnie fotki i wywali je w poniedziałek z tytułem "Ci degeneraci mają gdzieś naszą żałobę!". I ci sami ludzie, którzy weekend przetańczyli albo nie mogąc obejrzeć filmu w kinie puścili sobie na DVD "Krwawe bęcki 7" będą przez chwilę oburzeni, chyba że ktoś rozpozna na zdjęciu akurat siebie.
Bądźmy poważni: trzydziestoparomilionowy naród nie znieruchomieje na trzy dni w bólu z powodu śmierci dwudziestu kilku osób. Nikt nie jest w stanie aż tak się przejąć tragedią kogoś, o kim tylko słyszał. Owszem, możemy wykonać jakiś gest solidarności. Wpłacić na ofiary, pójść na mszę, spuścić flagi, powstrzymać się przez jeden dzień. Normalny człowiek współodczuwa z innymi i chce jakoś okazać swe współczucie. Jakimś gestem. To jest szczere, ale z natury rzeczy trwa chwilę.
Ale chwila nie wystarczy, gdy każdy chce być w żałobie prymusem. Mediom żałoba pozwala ukryć, że tak naprawdę chodzi o szoł, o niusa, bo wszystkie te płacze i lamenty nabijają słupki oglądalności, a i gościom, przewijającym się korowodem przez studia i łamy coś z tej popularności skapuje, więc nawet pisarz Kuczok (ten od powieści pod adekwatnym tytułem "Gnój") może przy okazji wystąpić jako chwalca tradycyjnej śląskiej rodziny jako ostoi wartości. Polityk może się wykazać, jak to bezbrzeżnie kocha wyborców. Niejednej firmie demonstracyjne dorzucenie kasy na ofiary przysporzy reklamy.
A my wszyscy patrzymy na to owczym wzrokiem i posłusznie dajemy się terroryzować, choć może w duszy ktoś czuje, że to jakiś cyrk, obłęd, że nic w tym nie ma z autentycznego współczucia, bo jeśli było, to się dawno rozpuściło w urzędowym rytuale, tylko sam cyrk, fasada, cymbał grzmiący i miedź brzęcząca - ale przecież nijak zaprotestować, bo wyjdzie, że się nie współczuje i nie szanuje ludzkiego bólu.
Kto go bardziej nie szanuje, zapytam - ten, kto się od tej żałobnej kampanii dystansuje, czy ci, co ją do granic absurdu nakręcają?
Mentor

Post Wyświetl pojedynczy post autor: girlfromipanema » 26 lis 2006, 20:25
girlfromipanema
Wróć do „Kultura, polityka, wydarzenia”
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Limited
Polski pakiet językowy dostarcza phpBB.pl
Zasady ochrony danych osobowych | Regulamin
Administracja, zarządzanie i wsparcie graficzne forum: pawel.studio