Ktoś naprawdę myśli, że David Moyes popisał się trenerskim kunsztem? Że w grze gospodarzy była jakaś cudowna, magiczna taktyka, która zneutralizowała gości? No to większego absurdu nie słyszałem. W tym meczu było kilka znamiennych momentów. Zapamiętałem trzy. Pierwszy, gdy Manchester United po dziesięciu minutach cofnął się tak głęboko, że już głębiej nie mógł.bayern realizował założenia Guardioli perfekcyjnie. Odbierał piłkę na połowie rywala, klepał, klepał, oddając oczywiście niewiele strzałów, ale mecz miał pod kontrolą. Rywal się dusił. Rooney po kolejnej akcji spojrzał w niebo, jakby chciał zapytać: „Kiedy to się skończy?”. I to był drugi moment. Manchester United nie istniał. I nie wiedział, jak ma zaistnieć.
Przypomina mi się anegdota Krzyśka Kosedowskiego, o polskim pięściarzu, który miał walczyć z mistrzem olimpijskim Stevensonem, ale bał się tej walki i nie chciał skrzyżować z rywalem rękawic. Czuł katastrofę. No i Krzysiek mówi do niego przed pierwszą rundą: „Spokojnie, zobaczymy, co on chce”. Tamten go okłada, brutalnie leje, tak że Polak ledwie dochodzi pod koniec rundy do narożnika. Dyszy, krwawi. „Trenerze, ja już wiem, co on chce. On chce mnie zabić!” – rzuca przerażony.
Tak wyglądał w pierwszej połowie Manchester United. Trzeci moment to ten, w którym jeden z graczy gospodarzy, bodaj Antonio Valencia, wypuścił sobie piłkę na kilkadziesiąt metrów, próbując się ścigać z zawodnikiem gości. Wyglądało to, jakby grał zespół A-klasowy.







