Artykuły prasowe warte przeczytania - Strona 2

Muzyka. Literatura. Prasa. Film. TV. Krótko mówiąc - Kultura. Wszystko co się dzieje w Polsce i na Świecie jest warte skomentowania. Polityka i wydarzenia. Dyskusje tylko na wysokim poziomie.
Awatar użytkownika
Zico_FCI
Io Sono Interista
Posty: 3820
Rejestracja: 17 lip 2005, 21:51
Reputacja: 46
Lokalizacja: Electric Avenue

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Zico_FCI » 16 maja 2006, 17:15

Martinho pisze:No ciekawie na Lazienkowskiej
Żałosne ... przeczytaj sobie lepiej to:

O rzetelnym dziennikarstwie słów kilka...

Od dwóch dni relacje z sobotnio-niedzielnych wydarzeń na Placu Zamkowym w Warszawie zdominowały wszystkie polskie media. Większość gazet codziennych w kraju właśnie od tych informacji rozpoczęła swoje poniedziałkowe wydania. Wywołana zamieszkami na ulicach Warszawy powszechna histeria nie ominęła również programów informacyjnych i publicystycznych emitowanych na antenie wielu stacji telewizyjnych. Jak zwykle przy tego rodzaju zdarzeniach, mieliśmy okazję przyjrzeć się poziomowi profesjonalizmu, przygotowania do zawodu i obiektywizmu poszczególnych dziennikarzy. Niektórzy z nich starali się w sposób rzetelny i pełny przekazywać opinii publicznej informacje o zaistniałych zajściach, bez niepotrzebnego podgrzewania i tak już gorącej atmosfery. Większość nie uniknęła jednak zbędnego koloryzowania, przeinaczania faktów i naciągania statystyk dotyczących powstałych szkód i rozmiarów zamieszek.

Bezspornym jest wszakże fakt, że chuligańskie zachowania na warszawskiej Starówce miały miejsce, że zdewastowano spory obszar Placu Zamkowego, że pospolity bandytyzm stanowi palący problem, z którym jak najszybciej należy się uporać. Znaczna część dziennikarzy nie skupiła się jednak na ich podstawowym zadaniu, jakim w tym zawodzie jest przekazywanie rzetelnych informacji.

Przodownikiem, a raczej przodowniczką w tej dziedzinie okazała się Pani Redaktor Monika Olejnik, która do swojego wieczornego programu "Prosto w oczy" zaprosiła trzech panów: wiceszefa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji Władysława Stasiaka, Prokuratora Krajowego Janusza Kaczmarka oraz prezesa KP Legia Warszawa Piotra Zygo. Goście mieli bardzo ograniczone możliwości wypowiedzenia się na nurtujące tego dnia opinię publiczną tematy – Pani Redaktor postanowiła za wszelką cenę udowodnić postawioną przez siebie tezę o niebezpiecznych piłkarskich stadionach i królujących w dziedzinie wandalizmu i chuligaństwa polskich kibicach, którzy w czasie meczów "wznoszą jakieś nieprzyjazne okrzyki", "wywieszają jakieś ostre transparenty" i jedyne, na co zasługują to określenie ich obraźliwym(?) epitetem "kibol". Do grupy tej zaliczyła wszystkie osoby odwiedzające stadion przy ulicy Łazienkowskiej. Pogląd taki dziennikarka wyrobiła sobie na podstawie tego, co widziała… w telewizji oraz przejeżdżając kiedyś nieopodal obiektu Legii. Za wzór bezpieczeństwa podczas imprez piłkarskich podała stadiony we Włoszech i Hiszpanii, gdzie na własne oczy widziała, jak kibice po wygranym meczu "byli radośni". Dobrze, że nie wspomniała o wzorcowych zachowaniach fanów futbolu w Argentynie czy innych państwach Ameryki Południowej!

Podobną taktykę przyjęła wczorajsza "Gazeta Wyborcza". Na pierwszej stronie umieszczono informację o siedmiu tysiącach rozwścieczonych chuliganów, którzy po meczu Legia-Wisła zdemolowali warszawską Starówkę. Wielka szkoda, że pominięto fakt, iż pod Kolumną Zygmunta rzeczywiście zebrało się kilka tysięcy kibiców, którzy w radosnej atmosferze świętowali zdobycie przez ich klub mistrzostwa Polski, a zamieszki zaczęły się znacznie później, kiedy większość warszawskich fanów rozeszła się już do domów, a "na posterunku" pozostała stosunkowo nieliczna, kilkusetosobowa grupa chuliganów.

Na jakiej podstawie dziennikarze (a może zasadnym byłoby użycie tu, jakże popularnego w ostatnim czasie, przedrostka "pseudo") zaliczyli mnie do grupy wandali i chuliganów? Bo tak się właśnie stało – wraz ze znajomymi byłam pośród tego siedmiotysięcznego tłumu "wrzeszczących kibiców Legii, uczestniczących w rajdzie szalikowców". I tu należy przyznać autorowi rację – było głośno i mieliśmy szaliki ale czy rzeczywiście są to przesłanki do uznania naszego zachowania za jedno z najcięższych chuligańskich wybryków? Wygląda na to, że tak!

Tendencje do takiego, a nie innego sposobu przedstawiania "faktów" nie pojawiły się jednak wczoraj. Nieomal za każdym razem, gdy mamy do czynienia z niechlubnymi wydarzeniami podczas imprez sportowych lub też po ich zakończeniu, przedstawiciele mediów starają się ze wszystkich sił wykorzystać nadarzającą się okazję poprawienia swojej oglądalności czy zwiększenia ilości sprzedawanych gazet. Najmniej liczy się wówczas obiektywne przekazanie informacji, robi się wszystko, aby zachęcony głośnymi tytułami czytelnik czy też widz sięgnął właśnie po naszą gazetę, włączył nasz program.

Aby zbytnio nie odbiegać od teraźniejszości, wystarczy przytoczyć sytuacje, jakie miały miejsce po kwietniowym derbowym meczu dwóch warszawskich drużyn. I nie chcę tu bynajmniej opisywać publikacji jednego z najmniej zasługujących na nazywanie go gazetą, dziennika codziennego, który postanowił pokazać światu twarz kibica biegnącego ulicami miasta, jednocześnie określając go mianem "Bandyty". Nie wymienię tu nawet nazwy wspomnianej gazety – byłaby to niepotrzebna reklama, która absolutnie się temu tytułowi nie należy.

Najbardziej po tamtym meczu uderzyła mnie relacja zamieszczona w poniedziałkowym wydaniu Przeglądu Sportowego – krótki tekst zatytułowany "Sprytni kibice". Otóż autor używający inicjałów PIW, postanowił wyróżnić się spośród kolegów dziennikarzy umieszczeniem w swym opisie kilku bulwersujących, sensacyjnych "faktów" z tego spotkania. I tak mogliśmy przeczytać, że atmosfera pomiędzy fanami Czarnych Koszul a Legionistami, którzy bezprawnie znaleźli się na sektorze gospodarzy była tak napięta, że mało nie doszło do regularnej walki kibiców obu drużyn i policji. Autor nie omieszkał odnieść się do sytuacji, w której warszawscy chuligani próbowali wedrzeć się na płytę boiska, czemu skutecznie na szczęście zapobiegły dzielne służby porządkowe. Skwapliwie odnotował również uciekające w popłochu ze swoich krzesełek przed legijnymi łysolami ( i znów zostałam zaliczona do tej grupy, choć włosy posiadam) kobiety i dzieci, które tego dnia przybyły na stadion przy ulicy Konwiktorskiej oraz o rzucaniu kamieniami w ochroniarzy zabezpieczających ten mecz, w wyniku czego jeden z nich doznał urazu głowy.

Wszyscy, którzy byli na tym spotkaniu doskonale wiedzą, że atmosfera pikniku panująca na obiekcie stołecznej Polonii daleka była od tej, opisywanej przez pana redaktora, że atak kilku fanów Legii na bramkę oddzielającą ich od murawy stadionu był efektem interwencji służb porządkowych, które w liczbie dziesięciu ochroniarzy próbowały zrzucić z ogrodzenia naszego wodzireja (kilku fanów "wojskowych", którzy zbyt żywiołowo podeszli do pomagania koledze, szybko zostało z resztą przywołanych do porządku przez innych kibiców Legii), a rzekome kamienie rzucane w kierunku panów pilnujących porządku były… dwoma kiełbaskami serwowanymi tego dnia w przerwie meczu przez nowego sponsora "Czarnych Koszul". Śmiało można więc przyjąć, że autor tej budzącej grozę relacji napisał ją jeszcze przed wyjściem z domu na mecz. I jest to wariant optymistyczny, bo według pesymistycznego człowiek ten w ogóle nie opuścił tego dnia swojego domu.

Czy przytoczone przez mnie przykłady dziennikarskiej niekompetencji to efekt ogromnej konkurencji na rynku mediów w Polsce, mediów, które aby zapewnić sobie odpowiednie zyski, muszą uciekać się do stosowania nie mających nic wspólnego z rzetelnym dziennikarstwem zabiegów promocyjnych? A może problem tkwi w samych żurnalistach, którzy nie czyniąc odpowiednich przygotowań do swoich programów czy publikacji, wykazują się zwyczajną ignorancją?

Jak by nie było i czego by za taki stan rzeczy nie winić, apeluję do wszystkich dziennikarzy: informujcie, komentujcie ale przede wszystkim zachowajcie odrobinę uczciwości wobec swoich czytelników, telewidzów czy słuchaczy! Ludzie w Polsce są zmęczeni przekrętami, łapówkarstwem, nieuczciwą polityką więc należy im się chociaż przyzwoite dziennikarstwo!

Przygotowane przez: Zofia Szuster

Awatar użytkownika
Bobohawk
Kluczowy Zawodnik
Kluczowy Zawodnik
Posty: 1249
Rejestracja: 14 lip 2004, 15:17
Reputacja: 0
Lokalizacja: Bytom
Kontakt:

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Bobohawk » 30 maja 2006, 10:07

Nieprawdziwe "fakty" na temat Mistrzostw Świata
Financial Times, 28.05.2006

Żadne wydarzenie nie pociąga za sobą tak dużo nonsensu jak Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Oto kilka z najgłupszych rzeczy jakie na pewno usłyszysz na ten temat w ciągu nadchodzących kilku tygodni:

„Chuligani mogą popsuć mistrzostwa”.

Groźba chuligaństwa jest mocno wyolbrzymiana. Jeśli przed meczem w Niemczech jakieś gnojki walną paru ludzi i porozbijają kilka wystaw sklepowych, to nie ma w tym nic strasznego, bo takie rzeczy są na porządku dziennym w każde sobotnie popołudnie w wielu brytyjskich miastach. Różnica polega tylko na tym, że gnojki na Mistrzostwach działają pod obstrzałem prawdopodobnie możliwie największego „zestawu” kamerzystów, jaka tylko może się zebrać.

Zagrożeniem tego lata nie będzie chuligaństwo, ale terroryzm. Terroryzm jest bowiem formą public relations. Te Mistrzostwa będą największym wydarzeniem medialnym w historii. Samobójczy atak bombowy w Bagdadzie może mieć problemy z załapaniem się do serwisu informacyjnego, podczas gdy wiadomością dnia będzie kilka osób więcej na dworcu we Frankfurcie w drodze na mecz.

„Mistrzostwa Świata to impreza tylko dla facetów. Czyni z kobiet futbolowe wdowy”.

To już coraz mniej popularna „prawda”. W krajach, które dopiero niedawno wpadły w sidła futbolu, takich jak Japonia, Stany Zjednoczone czy nawet Francja, kobiety są taki samymi miłośniczkami tego sportu, jak mężczyźni.

„Zawodnicy pochodzący ze slumsów mają więcej determinacji. Piłka nożna jest dla nich ucieczką od biedy. Dzieci z bogatszych części świata nigdy nie są wystarczająco głodne”.

Jeśli kluczem do zwycięstwa byłaby bieda, to puchar zdobywałyby nieustannie drużyny z Afryki. W zamian za to trofeum trafia w ręce bogatych narodów, takich jak: Niemcy, Włochy, Francja, Anglia czy Urugwaj, kiedy jeszcze zaliczał się do tych bogatych.

W swoim raporcie na temat turnieju Goldman Sachs zauważa, że „bogatsze narody są zazwyczaj lepszymi graczami” . Okazuje się, że do zdobycia pucharu potrzebne jest właściwe odżywianie i dobrze pomyślane rozstawienie (no chyba, że pochodzi się z Brazylii). Prawdą jest, że w bogatszych krajach najlepsi zawodnicy rekrutują się przeważnie z klasy robotniczej lub biednych środowisk imigranckich. Lecz nawet te klasy są zazwyczaj bogatsze, niż średnia światowa.

„Rzuty karne to loteria i najgorszy sposób na rozstrzygniecie meczu”.

Można równie dobrze powiedzieć, że trafienia w golfie to też loteria. Rzuty karne są testem umiejętności pokonania zmęczonego i obserwowanego przez miliony widzów bramkarza. Oczywiście, podobnie jak we wszystkim i tu pewną rolę odgrywa element szczęścia.

Niemniej jednak, jak udowodniono przez lata, niektórzy piłkarze i niektóre kraje przewyższają pozostałych. Kiepskie wyniki Anglików w tej materii, też mają swoje przyczyny. Po pierwsze - rzadko kiedy czekają na ruch bramkarza, zanim wybiorą róg, w który będą strzelać. Po drugie - podchodzą do swoich rzutów ze świadomością, że ich rodacy przez lata przegrywali właśnie w karnych. Kiedy drużyna gra w Mistrzostwach duchy byłych zawodników siedzą im na ramionach i szepczą do ucha.

„W futbolu pojawił się nowy rodzaj handlu niewolnikami: piłkarze z Afryki są wysyłani do Europy gdzie potem są wyzyskiwani”.

W historycznym handlu niewolnikami życie straciły miliony Afrykańczyków. Ciężko to porównywać z przypadkiem afrykańskiego nastolatka, który przylatuje do Belgii mamiony obietnicą podpisania profesjonalnego kontraktu, a który kończy żyjąc w biedzie jako nielegalny imigrant. Paradoksalnie, może mu się wieść lepiej niż gdyby pozostał w swojej rodzinnej wiosce. Agenci wykorzystujący afrykańskich graczy np.: przez zabieranie trzech czwartych z ich dochodów, powinni ponieść karę. Natomiast porównywanie tej sytuacji do niewolnictwa powinno być zakazane.

„Afrykańscy piłkarze są urodzonymi atletami”.

Podobnie jak gracze z Anglii, Serbii czy Japonii.

„Mundial będzie ekonomiczną żyłą złota”.

Prawdę mówiąc, większość wydanych pieniędzy jest albo marnotrawiona albo wypiera inne wydatki. Rodzina, która kupuje plazmowy telewizor by oglądać turniej prawdopodobnie i tak by go kupiła tyle że rok później. Widzowie, którzy kupują pizzę i piwo dla wzmocnienia swoich okrzyków dopingujących nie wydają w tym samym czasie pieniędzy na kino czy kupony loterii. Natomiast wybudowany gdzieś w prowincjonalnym miasteczku pełnowymiarowy stadion, wraz z drogą dojazdową, na którym mają się odbyć tylko 4 mecze Mistrzostw, przyniesie w długim okresie niewielki zwrot zainwestowanych środków.

Mistrzostwa Świata mogą tez przynieść szkody dla gospodarki. Brazylia nieoficjalnie pracuje w czasie Mistrzostw na tzw. „pół gwizdka”, a w Anglii ludzie przychodzą do pracy na kacu.

Akademiccy ekonomiści Alex Edmans, Diego Garcia i Oyvind Norli zamierzają opublikować poważną naukową rozprawę pt.: „Nastroje sportowe a giełdowa stopa zwrotu”. Dowodzą w niej, że krajowa giełda odnotowuje spadki kiedy drużyna narodowa przegrywa ważny mecz, ponieważ inwestorzy czują się przygnębieni. Autorzy przeanalizowali 1162 mecze rozegrane przez 39 krajów w latach 1973 – 2004. Odkryli, że np. przegrana w rzutach karnych podczas Mistrzostw Świata „prowadzi na drugi dzień do pojawienia się nietypowych spadków kursów, sięgających nawet 49 punktów bazowych”. Efekt ten jest silniej zauważalny na mniejszych giełdach, na których transakcje dokonywane są głownie przez krajowych inwestorów. Dla kontrastu zwycięstwo drużyny nie ma znaczącego wpływu na kursy akcji.

„To nie prawda, że wszystkim co liczy się na Mistrzostwach Świata jest zwycięstwo. Zwycięstwo to „jedyna” rzecz która ma znaczenie”.

Kibice pamiętają piękną grę Węgrów, którzy przegrali w finale w 1954, Holendrów, którzy odpadli w 1974, czy chociażby Brazylijczyków z 1982. Ich tragiczny koniec jest częścią ich legendy. Kapitan Holendrów z 1974 roku -Johan Cruyff, twierdzi nawet, że to Holandia naprawdę wygrała tamte Mistrzostwa, ponieważ świat pamięta lepiej ich niż rzeczywistych zwycięzców, Niemców. To może być jednak zbyt daleko posunięte stwierdzenie.

Autor: Simon Kuper.

Zapraszam do przeczytania ;)

Awatar użytkownika
bagg
Bianconero
Posty: 4725
Rejestracja: 19 sty 2005, 19:08
Reputacja: 43

Post Wyświetl pojedynczy post autor: bagg » 13 lip 2006, 18:06

Włoska religia futbolu

Finansowi magnaci wydają krocie na swoje drużyny, bo w Italii zwycięstwo na boisku jest ważniejsze od sukcesu w biznesie.

Dokąd trafia najcenniejszy z pucharów dla zwycięzców mundialu? Ktoś może zażartować, że do kraju, który ma bardzo mocne powiązania z ojczyzną futbolu - Anglią. Do dziś włoscy piłkarze zwracają się przecież do trenera "mister". W odległej przeszłości powiązania te były jeszcze silniejsze. W drużynie Genui, pierwszego mistrza Włoch z 1898 roku, grało aż pięciu piłkarzy o angielskich nazwiskach. Dopiero po pierwszej wojnie włoski futbol wyemancypował się i poszedł własną drogą. Przepoczwarzył się w unikalny fenomen społeczny, do dziś bardzo odmienny od tego, co wokół piłki dzieje się na świecie.

Przedłużenie wojen

Dziś ten fenomen święci po raz kolejny ogromny tryumf i jednocześnie udowadnia, że najlepszą drużyną mogą być piłkarze z kraju, w którym świat futbolu dotknął największy od ćwierć wieku skandal korupcyjny. Analizy zwycięstw włoskich piłkarzy, które doprowadziły ich do tytułu, w ostatnich tygodniach konkurowały z nowymi faktami dotyczącymi skandalu. Aferze Moggiego (piszemy o niej obok) główne gazety poświęcały po dziesięć pierwszych stron, a dzienniki telewizyjne połowę z półgodzinnych wydań. A o korupcji we włoskiej piłce mówiono od kilku lat. Jak jednak ujął to w wywiadzie kibic: "Wiedzieć, że cię zdradza żona to jedno, a zobaczyć na własne oczy - drugie".

Dosadność tego określenia pokazuje, jak ważny jest los włoskiej piłki dla kibiców z tego kraju. Charakter włoskiego kibica wyrósł na specyficznym gruncie. Włoscy socjologowie z całą powagą twierdzą, że fanatyzm klubowych kibiców i wielka popularność rozgrywek ligowych to przedłużenie ciągłych i zakończonych dopiero w drugiej połowie XIX wieku wojen regionalnych.

Italia to kraj "małych ojczyzn". Dlatego Lombardczyk jest patriotą, kiedy gra Inter albo Milan. Piemontczyk da się posiekać za Juve albo Torino, ale kiedy gra "squadra azzurra", wszyscy są "tylko" kibicami. Za tymi podziałami zdają się stać wieki historii, wojen, ogromnych różnic w obyczajach i języku. Nimi właśnie karmią się od ponad stu lat włoskie kluby.

Do budowania popularności futbolu we Włoszech przyczynił się też faszyzm. Futbol zaprzęgnięto do służby propagandzie. Miał jednoczyć naród. Dlatego Mussolini w 1934 roku zorganizował w Italii mistrzostwa świata, a faszyści dokonali manipulacji, tak aby Włosi go wygrali.

Bez rewolucji

Fanatyzm kibiców wyrosły na takim gruncie jest solą włoskiego futbolu. Oświadczenie: "nie interesuję się piłką" dyskwalifikuje towarzysko. Trudno się dziwić.

27 najliczniej oglądanych audycji w historii telewizji to mecze włoskiej reprezentacji i wielkich klubów. Rekord - 27 mln telewidzów i 87 proc. oglądalności dzierży pamiętny półfinał MŚ 1990 Włochy - Argentyna. Poświęcona głównie piłce "Gazzetta dello Sport" popularnością ustępuje jedynie największemu włoskiemu dziennikowi "Corriere della Sera". Przed derbami Rzymu (Lazio - Roma) lub Mediolanu (Milan - Inter) wszystkie największe ogólnokrajowe dzienniki drukują 16-stronicowy dodatek, pomimo że i tak ich strony sportowe mają często objętość "Przeglądu Sportowego". Czołowe włoskie kluby sprzedają co sezon od 40 do 60 tys. karnetów, a ponad trzy miliony Włochów płaci 720 euro rocznie, żeby oglądać mecze serie A i Ligi Mistrzów w TV Sky Sport.

Futbol ma we Włoszech bezwzględny priorytet, tak w mediach, jak w polityce. Kilka lat temu trzeba było w największych miastach zorganizować wybory burmistrzów, bo dwa tygodnie wcześniej żaden z kandydatów nie zdobył większości głosów. Kolidowały z kolejką ligową. Dziennikarz spytał szefa MSW, czy w związku z tym odwoła mecze. Minister wyjaśnił krótko: "Moim zadaniem jest zorganizować wybory, a nie wywołać rewolucję".

Pasja po włosku

Od zainteresowania futbolem we Włoszech praktycznie nie ma ucieczki. Gdy pierwszy raz wybrałem się tu do lekarza, pan doktor rozpoczął konwersację: "Boniek, Lato, Deyna. Świetni piłkarze". Bo Włosi często nawiązują rozmowę uwagami o futbolu, tak jak Anglicy uwagami o pogodzie. Sześć lat temu, w czasie mistrzostw Europy 2000, poszedłem się ostrzyc. Zbliżał się ważny mecz z Holandią. Z salonu damskiego dobiegała ożywiona dyskusja dwóch starszych pań w papilotach o tym, kto powinien grać we włoskim ataku. Obsługujący mnie mistrz nożyc nie wytrzymał, bez słowa porzucił stanowisko pracy i pognał do pokoju obok. Tam zaczął tłumaczyć, że przecież Totti powinien grać nieco z tyłu, za dwójką Del Piero i... Del Vecchio. Praca stanęła. Kłócili się wszyscy - pracownicy i klienci...

W dyskusji biorą udział wszyscy. Kardynał Tarcisio Bertone, który 15 września zastąpi na stanowisku watykańskiego sekretarza stanu kardynała Angelo Sodano, jest przysięgłym kibicem Juventusu. Oceniając stronniczego sędziego Moreno, który pomógł Korei wyeliminować Włochów podczas MŚ 2002, powiedział: "Mylić się jest rzeczą ludzką, ale mylić się konsekwentnie - to już rzecz diabła".

Dzięki dyskusji włoska refleksja futbolowa sięga intelektualnej stratosfery. Być może dlatego Włosi patrzą na futbol inaczej, w szerszym kontekście. Sposób, w jaki gra drużyna, nie jest dla nich efektem przyjętej taktyki, a wyrazem ogólnej życiowej filozofii zapisanej w kodzie genetycznym narodów.

Zabawka magnatów

Włoskim futbolem, jak w żadnym innym kraju, zajmują się najpotężniejsi i najbogatsi. W serie A ścierają się ze sobą rozbuchane ego potężnych właścicieli. Juventus to od trzech pokoleń własność rodziny Agnellich, do których należy Fiat, Milan to z kolei oczko w głowie najbogatszego człowieka w kraju - Silvio Berlusconiego. Inter należy do rodziny nafciarzy Morattich. Potęgę Parmy zbudował największy aferzysta świata Calisto Tanzi, twórca największej czarnej dziury finansowej. Wraz z Parmalatem utopił 14-16 mld euro. Dzisiejsza Fiorentina zaspokaja próżność braci Della Valle i jest reklamowym dodatkiem do zapierających dech kobietom w całym świecie butów i torebek Tod's.

Klub futbolowy nie służy we Włoszech właścicielowi do zarabiania pieniędzy, jak w Anglii lub w Niemczech. To kwestia prestiżu. Bardzo źle robi na kieszeń, ale świetnie na samopoczucie. Jak pokazała kariera Berlusconiego, futbolowy sukces potrafi też wynieść na fotel premiera. Rachunek ekonomiczny we włoskiej piłce po prostu się nie liczy. Kluby zarabiają rocznie dwa miliardy euro, ale wydają o wiele więcej. Przeciętna pensja piłkarza w serie A już trzy lata temu przekroczyła milion euro rocznie.

Wyjątkowy status zapewniają futbolowi we Włoszech nie tylko potężni prezesi. Ze swoimi piłkarskimi sympatiami obnoszą się tu wszyscy - od Luciano Pavarottiego po Adriano Celentano. Nestor włoskich polityków Giuliano Andreotti kibicuje Romie, a komunista Fausto Bertinotii, obecnie przewodniczący Izby Deputowanych - Milanowi superkapitalisty Berlusconiego. Do parlamentarnego Klubu Przyjaciół Juventusu należy 250 deputowanych i senatorów. Porównywalną liczbę zorganizowanych sympatyków wśród nich mają Milan i Inter.

Nikt z nich nie robi tego wyłącznie z wyrachowania, a przede wszystkim z odziedziczonej po rodzicach i dziadkach pasji. Pewnie dlatego pięć lat temu w parlamencie została przegłosowana skandaliczna ustawa, pozwalająca rozłożyć klubom piłkarskim długi na dziesięć lat. Najbogatszy włoski sport otrzymał premię za rozrzutność, tymczasem walczący pracowicie o przetrwanie włoscy rzemieślnicy i sklepikarze mają na uporządkowanie ksiąg rachunkowych dwa lata. Ustawa została wycofana dopiero pod naciskiem Komisji Europejskiej.

Skuteczny rygiel


Myśl o karierze futbolowej kojarzonej z ogromnymi pieniędzmi i przynależnością do elity powoduje, że włoscy rodzice za słone pieniądze wysyłają co roku setki tysięcy dzieci do szkółek piłkarskich. To tam uczą się podstaw najsłynniejszego elementu charakteryzującego włoski futbol. "Catenaccio", czyli rygiel, został wymyślony w latach 60. przez trenera Herrerę. Brzydki system, który polega na "zaryglowaniu" własnej bramki i cierpliwym czekaniu aż sfrustrowany rywal się odsłoni, ma wielu przeciwników. Jednocześnie trudno zarzucić mu brak skuteczności.

Jest w tym stylu gry pasja, z jaką Włosi rodzą się i umierają. To dla nich sens i filozofia życia. Sprawdzian własnej wartości. Powód do ogromnej dumy i bezbrzeżnego wstydu. Ktoś, kto tak myśli o piłce, musi być mistrzem świata.

autor : Piotr Kowalczuk ;)

link : http://fakty.interia.pl/prasa/ozon/news ... 70154,3404

Awatar użytkownika
Mentor
Zajebiaszczo
Posty: 16481
Rejestracja: 28 lut 2005, 13:15
Reputacja: 18

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Mentor » 22 lip 2006, 23:43

http://sport.gazeta.pl/sport/1,65025,3499766.html

Może i nic nowego, ale temat umiera a nie powinien. Dawajcie tutaj jakieś dobre czytanki :]

Moją uwagę przykuł odważny tytuł. Ładnie go Stec podsumował.

Awatar użytkownika
assurbanipal
Pierwszy Skład
Pierwszy Skład
Posty: 611
Rejestracja: 05 lip 2006, 12:25
Reputacja: 0
Kontakt:

Post Wyświetl pojedynczy post autor: assurbanipal » 23 lip 2006, 12:43

Niggaz Stec dla Nas jest takim samym ..... jak dla Was Orlowski, ktory w PN przytoczyl pewne fakty zwiazane z "pomylkami" sedziowskimi.
Co to ze Steca za dziennikarz? Wyglad ......... wiedza ......... miejsce pracy ...... (szkoda, ze sie nie jaka) i chyba tylko Pol jest wiekszym ........

Awatar użytkownika
Mentor
Zajebiaszczo
Posty: 16481
Rejestracja: 28 lut 2005, 13:15
Reputacja: 18

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Mentor » 23 lip 2006, 13:39

Hmmmm zaiste bardzo ciekawe. Z tego co wiadomo powszechnie (i nikt tego nie kryje) to Orłowski jest promadrycki. Rafał Stec na pewno nie jest sympatykiem Barcelony ani Realu. Generalnie on woli po prostu krytykować niż chwalić. Może dlatego częściej ostatnimi czasy pisze o Realu.

Wiedzę ma na pewno większą od pseudo-znawcy Michała Pola. Wygląd Ci nie odpowiada? Ja czytając felietony nie patrzę na wygląd autorów. Co więcej uważam to za normalne zachowanie. Zresztą nawet gdybym spojrzał na jego wygląd to wciąż nie widziałbym czego się czepiasz.

Awatar użytkownika
assurbanipal
Pierwszy Skład
Pierwszy Skład
Posty: 611
Rejestracja: 05 lip 2006, 12:25
Reputacja: 0
Kontakt:

Post Wyświetl pojedynczy post autor: assurbanipal » 23 lip 2006, 13:49

Zresztą nawet gdybym spojrzał na jego wygląd to wciąż nie widziałbym czego się czepiasz.
wlasnie dlatego, ze zawsze mu cos nie pasuje :) to taki typek jak Leszczynski w dzoedzinie muzyki :) szkoda, ze nie pracuje dla Faktu lub SE bo do tych tyt. pasuje :)

Awatar użytkownika
cloner
Legenda Futbolu
Legenda Futbolu
Posty: 62976
Rejestracja: 08 mar 2005, 11:33
Reputacja: 8204
Kontakt:

Post Wyświetl pojedynczy post autor: cloner » 23 lip 2006, 14:29

assurbanipal - to chyba dobrze, ze mu ciagles 'cos' nie pasuje :?: gdyz glosno mowi o tym co sie dzieje :!: Dla mnie Stec jest niezlym fachowcem, z wielka checia czytam jego najrozniejsze artykuly, felietony, reportaze, itp. :wink:

Awatar użytkownika
assurbanipal
Pierwszy Skład
Pierwszy Skład
Posty: 611
Rejestracja: 05 lip 2006, 12:25
Reputacja: 0
Kontakt:

Post Wyświetl pojedynczy post autor: assurbanipal » 23 lip 2006, 18:17

Dla mnie Stec jest niezlym fachowcem, z wielka checia czytam jego najrozniejsze artykuly, felietony, reportaze, itp.
De gustibus non disputandum :) Dla mnie jest tak powaznym dziennikarzem jak jego gazeta :) , ale wiem, ze sa rozne opinie na jego temat, rowniez w srodowisku dziennikarskim :)

Awatar użytkownika
Duch
Entuzjasta Kraftu
Entuzjasta Kraftu
Posty: 9212
Rejestracja: 12 sie 2005, 10:26
Reputacja: 196
Lokalizacja: z Tych najlepszych

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Duch » 10 sie 2006, 10:03

http://sport.gazeta.pl/sport/1,65025,3540156.html

Ponownie nielubiany przez niektórych Stec :wink:

Awatar użytkownika
Mentor
Zajebiaszczo
Posty: 16481
Rejestracja: 28 lut 2005, 13:15
Reputacja: 18

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Mentor » 24 sie 2006, 1:22

http://sport.gazeta.pl/sport/1,65025,3569216.html
duch99 pisze:Ponownie nielubiany przez niektórych Stec
:P :lol:

Awatar użytkownika
brylancik
Oleguer Fan
Posty: 1974
Rejestracja: 18 kwie 2006, 13:34
Reputacja: 0
Lokalizacja: Valencia

Post Wyświetl pojedynczy post autor: brylancik » 25 sie 2006, 0:06


Awatar użytkownika
petru
Administrator
Administrator
Posty: 11826
Rejestracja: 05 lis 2004, 22:37
Reputacja: 680
Kibicuję: Konstytucja
Lokalizacja: 4 lipca 1921, hotel Overlook/ ultima Thule

Post Wyświetl pojedynczy post autor: petru » 26 sie 2006, 20:39

Quo vadis, Legio ma?

Miała być wielka, profesjonalna Legia, a znowu jesteśmy skazani na cwaniaczka, z którym nie da się kulturalnie porozmawiać. I jeszcze śmiał jakieś wyniki osiągać. Na szczęście po dzisiejszym meczu nadzieja znowu wstąpi w serca :).


Awatar użytkownika
brylancik
Oleguer Fan
Posty: 1974
Rejestracja: 18 kwie 2006, 13:34
Reputacja: 0
Lokalizacja: Valencia

Post Wyświetl pojedynczy post autor: brylancik » 28 sie 2006, 23:11

Prze fajny artykuł Rafała Steca. Naprawdę warto przeczytać
Kto sądzi, że żyjemy w kraju zniecierpliwionych pomyleńców gremialnie cierpiących na kibicowskie ADHD, bo trener Beenhakker został skrytykowany już po dwóch popołudniach z reprezentacją Polski, niech rzuci okiem na Real Madryt. Lajać szkoleniowca po debiutanckim sparingu byłoby nierozsądne? Skrajnie pochopne i świadczące o awanturnictwie łajającego? A może to jednak najzwyczajniejsza, podszyta życzliwością praktyka tam, gdzie mierzy się wyłącznie w najcenniejsze trofea?

Fabio Capello został wstępnie osądzony, zanim nowy, dopiero kształtowany przez niego Real rozpoczął rozgrywki ligowe. Wystarczyły porażki z Betisem i Villarrealem w towarzyskim turnieju bez znaczenia, by miesiąc miodowy włoskiego szkoleniowca został przerwany, a stos, na którym być może kiedyś spłonie - wzniesiony. Drużynę gazety obwołały "komedią", trenerowi zarzucono lekceważący stosunek do obowiązków, a jej grę - jak napisał felietonista "Asa" - wstyd komukolwiek pokazać. Potem nastroje się poprawiły, teraz są zupełnie niezłe, ale tamten epizod był symptomatyczny, bo podpowiada, co czeka Capello, jak rzetelnie będą jego pracę oceniać i jak cierpliwie jej efektów wypatrywać. Przy pierwszym drobniutkim niepowodzeniu nikt nie zwrócił uwagi, że Real zagrał dwa wspomniane mecze w niespełna dobę, a przeciwnicy odnieśli zwycięstwa pyrrusowe, bo opłacili je aż dziewięcioma kontuzjami - z wymagającym półrocznej rehabilitacji urazem znakomitego stopera Gonzalo Rodrigueza na czele.

Jeśli zapomnieć o specyfice okolic Santiago Bernabeu i spojrzeć na suche fakty, to tego lata, po sezonach z góry zapowiadających się jako beznadziejne, fani klubu uznanego za największy w XX wieku wreszcie mieli wszelkie powody, by wypatrywać lepszych czasów. Prezes Florentino Perez, który pomylił Ligę Mistrzów z Fashion TV i kupował piłkarzy ładnie prezentujących się na azjatyckich wybiegach, poszedł sobie precz. Parada uległych trenerów, których ten marketingowo nienasycony budowlaniec terroryzował, ustąpiła miejsca wybitnemu fachowcowi odpornemu na naciski. Ten zaś wreszcie wypełnił, i to w kilka tygodni, wszystkie luki, które sprowadzały na Real klęski, czyniąc ostatnie sezony najbardziej ponurym okresem klubu od blisko półwiecza. Wziął dwóch fantastycznych defensywnych pomocników Mahamadou Diarrę oraz Emersona (pierwszemu przypisuje się dodatkowo wyjątkowe talenty przywódcze), i to w idealnej konfiguracji młody-stary, a także najlepszego środkowego obrońcę mistrzostw świata Fabio Cannavaro, wskutek korupcyjnej afery we Włoszech przecenionego do błahych sześciu milionów euro. Napastnik Ruud van Nistelrooy to też zresztą towar luksusowy nabyty okazyjnie, bo do Madrytu popchnęły go kontrowersje w szatni Manchesteru United.

Czy można wyobrazić sobie w ogóle doskonalsze lato transferowe? Gdzie doszukiwać się skazy, jeśli pozyskanie Capello to wręcz ruch wielokrotnie trafiony, bo nie istnieje inny trener, który potrafił ułożyć sobie życie z niepokornym Antonio Cassano?

A jednak wokół Realu wyczuwa się pewne rozczarowanie, na razie śladowe, lecz grożące poważnym rozgoryczeniem, jeśli sukcesy nie przyjdą natychmiast. Nowo wybrany prezes Calderon obiecał trzy gwiazdy zdolne do najbardziej fantazyjnych figur, czyli mogące realizować fundamentalny madrycki postulat - gry skutecznej i spektakularnej zarazem. Niestety, Calderon nie zdołał ściągnąć ani Cristiano Ronaldo, ani Arjena Robbena, ani Kaki (gdyby tego ostatniego wydarł Milanowi za Ronaldo, Włosi popełniliby chyba najgłupszy transfer w historii) i co bardziej rozeźleni zaczęli nawet napomykać o jego dymisji.

Do niej oczywiście nie dojdzie, ale inne konsekwencje fiaska planów prezesa dostrzeżemy prawdopodobnie natychmiast. Otóż Real nie będzie grał zachwycająco, bo po odejściu Zinedine'a Zidane'a bajecznie finezyjnych artystów mu brakuje. Personalne wybory Capello stanowią całkowite przeciwieństwo wyborczych obietnic prezesa, zresztą włoski trener z miejsca obwieścił, że chce przede wszystkim nauczyć drużynę, jak nie tracić goli. Jeśli w Madrycie pozwolą mu spokojnie pracować, osiągnie sukces. Jeśli pozwolą mu spokojnie pracować, ale także - wytrzymają próbę cierpliwości, być może nawet zaakceptują wyższość Barcelony, która rusza z lepszej pozycji startowej.

Kto wie, czy to nie piłkarzy i trenera, lecz właśnie ich otoczenia nie czeka wyjątkowe wyzwanie. Real trzeba wznosić na gruzach, tymczasem Barcelona jest gotowym produktem, który wiosną okazał się najlepszy w Europie, a teraz został tak udoskonalony (Zambrotta, Thuram i Gudjohnsen), że gdyby nie obsada bramki, należałoby ogłosić go ideałem, jedenastką bez skazy. Ktoś pamięta, by Katalończycy mieli kiedykolwiek tak szczelną - potencjalnie - defensywę?

A przecież cała liga hiszpańska to stawka niebywale mocna. Sevilla rozbiła w Superpucharze Europy olśniewającą w sparingach Barcę, urosła Valencia (doszli Joaquin, del Horno i Morientes!), urósł Villarreal (Pires, Nihat) i Atletico Madryt (czy nastoletni Aguero z bocznymi obrońcami Seitaridisem i Pernią wyrwą kibiców ze stanu permanentnej frustracji?). Jeśli spojrzeć na całość, to Hiszpanie, chyba najbardziej czuli na punkcie rywalizacji o nieoficjalny tytuł najsilniejszych rozgrywek w Europie, mogą znów odtrąbić swój rok. Angielskie potęgi zostały pobite wiosną w finale Ligi Mistrzów i Pucharu UEFA (przez Barcelonę oraz Sevillę), a Włochów znokautowała afera Moggiopoli. W stawce, jaką oferuje Primera Division, Realowi nie będzie łatwo demolować rywali, czego domagają się wyposzczeni kibice. A tam już się zdarzało, że np. Valencia okupowała pozycję lidera, lecz fani demonstrowali przed rezydencją prezesa, bo irytował ich nieatrakcyjny sposób gry drużyny...

Tak, bardziej wybrednych od Hiszpanów nie znajdziesz, oni cudów chcą natychmiast i pewnie nawet na widok chodzącego po wodzie prychnęliby i spytali, dlaczego nie żongluje przy tym prawą piętą i lewym barkiem. Na swoje szczęście Capello wie, w co wszedł. Kiedy dekadę temu objął Real po raz pierwszy, zażądano od niego tytułu, choć klub właśnie zajął w lidze szóste miejsce, najniższe w ostatnich 30 latach.

I Capello mistrzostwo zdobył.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Kultura, polityka, wydarzenia”