Pobieżne obliczenia. Skoro emeryt oddaje miesięcznie na opiekę medyczną 109 zł (tak jest w przypadku mojej babci) podatku to powiedzmy 100 zł na edukację idzie z podatków pracującego - wiadomo, więcej zarabia więcej płaci.Generalnie chodzi mi o to że i tak znaczna część osób będzie musiała pójść do pracy aby zarobić na studia niezależnie czy będziesz miał państwo w pełni liberalne czy nie a co za tym idzie będziesz pracował kosztem nauki. Płacąc mniej za gumę do żucia czy bułkę nie zarobisz na studia.
Zbierając to co miesiąc od dnia narodzin dziecka mamy 1200 rocznie przez 19 lat. Mamy zatem prawie 23 tysiące złotych. Przy założeniu, że wkładamy to do przysłowiowej skarpety. W ramach oświecania podpowiem Ci, że fundusze emerytalne, finansowe, ubezpieczeniowe mają w sowich ofertach takie polisy edukacyjne (nazwijmy je tak na potrzeby mojego wywodu). Tam jest oprocentowanie i to zdecydowanie wyższe niż to na lokatach bankowych.
W poprzednim poście napisałeś, że nie każdy potrafi się zajmować swoimi pieniędzmi. Uważasz, że z tej racji, że ktoś jest niedorajdą to inni mają na niego płacić?
Bez wyliczeń to pozostaje pustym hasłem.
1. To co jest z naszych podatków zabierane pod nazwą na edukację jest przeżerane przez szpitale, drogi, limuzyny, komórki, bankiety. Nie całość tego co powinna jest przeznaczana na szkoły
2. Jak coś jest państwowe to nie ma naturalnej konkurencji więc nie ma postępu.
3. Szkoły są ogólnie niedofinansowane.
Jest jeszcze jeden bardzo dla mnie ważny punk. W związku, z tym, że ministerstwo daje kasę uczelniom to kontroluje ich programy, ingeruje w ich niezawisłość. Chyba nie muszę tłumaczyć, że jest to złe...
Yukasz pisze:Właśnie gdzieś ale nie pamiętam gdzie słyszałem że studenci zaoczni itp w głównej mierze utrzymują uczelnie.



