Ciekawy wywiad z mistrzem estrady przeprowadził Sylwester Latkowski.
http://www.wprost.pl/ar/324170/Latkowsk ... ier-aktor/Sylwester Latkowski: Cały czas pan pali papierosy?
Bogdan Smoleń: Tak, bo nie chcę umrzeć zdrowszym. Nie przeszkadza mi to w niczym. Rano, jak wstaję, jeszcze trochę pokaszlę, pokaszlę i działam dalej przez cały dzień.
Ile pan pali dziennie?
No, z półtorej paczki.
Kiedyś pan powiedział, że już „żyje wolniej"…
No, bo wolniej mi się oddycha.
Nie jest łatwo dojechać do pana.
I to jest plusem, bo po cholerę mają mnie tu odwiedzać? Ja chcę tu być sam. Kiedyś miałem tłumy obok siebie, a teraz doszedłem do wieku, kiedy chcę być sam.
Ludzie pana zmęczyli?
Ja ich też. I dajmy sobie spokój.
Kiedy pan ostatnio występował?
Dawno temu. Jakieś 7–8 lat minęło.
Już się panu nie chce, czy nie może pan ze względu na zdrowie?
Jest takie słowo: chwatit – i chwatit.
Pan jest z wykształcenia zootechnikiem?
Tak, a z drugiego wykształcenia jestem aktorem. Miałem zawsze inżynier aktor na wizytówce.
Duży wpływ na pana pierwsze role kabaretowe mieli rodzice?
Matka nie miała nic przeciw, ojciec wprost przeciwnie. Był konferansjerem i wiedział, czym to grozi. Bo to są noce nieprzespane, wieczory, że tak powiem, przepite.
Zaczął pan od kabaretu „Grupa Pod Budą".
Powstał przy Akademii Rolniczej w Krakowie. Za zupę się grało, za zupę w stołówce. I to był najpiękniejszy moment, bo miałem dzieci i żonę dwa piętra wyżej, nad sceną.
Wkrótce pan wspiął się wysoko. Stał się pan osobą powszechnie rozpoznawalną.
I tak zaczęła się tragedia. Bo już nie wiadomo było, gdzie iść, czy w prawo, czy w lewo. Zawsze było źle. A potem Zenon Laskowik zapytał, czy bym zagrał z nim; ja mówię „Tak", on: „To kiedy przyjedziesz?". „Jutro" – odpowiedziałem. Spakowałem walizkę i pojechałem do Poznania. Ściągnął mnie, tylko nie wiem po co. Bo to miała być fabryka żartów, pieniędzy, a teraz się okazuje, że to jest nic. Ja się nie będę nikomu tłumaczył, dlaczego tak jest.
Zostawił pana?
Poniekąd tak. Z panem Laskowikiem rozstaliśmy się w 1982 roku. A jeszcze po nim występowałem wielokrotnie. Już nie jako kabaret „Tey".
Co według pana jest karierą?
Pieniądze. Zrobiłem karierę, czyli szmal zrobiłem. Już mam pełne kieszenie i mogę działać dalej. Kariera to jest takie coś, że to się robi i robi, i nie ma końca. Bo widownia nie chce odpuścić, bo chce go mieć, a ty chcesz zarabiać.
Przez lata żył pan w hotelach, na walizkach.
Tak, cały czas. Przez to rodzina ciebie nie ma, nie istniejesz dla niej.
A więc rodzina zapłaciła wysoką cenę.
No tak… To była cena popularności.
Syn popełnił samobójstwo…
To był silny chłopak. Potrafił tak przylać komuś w pysk z byka i z kolana, że aż się dziwiłem. Taki był ambitny. I mimo to nie dawał sobie rady ze sobą. To trzeba uszanować, bo każdy ma swoje plusy i minusy.
Ile on wtedy miał lat?
Siedemnaście.
Potem samobójstwo popełniła żona…
Tak.
Rzucił pan estradę, wyłączył się całkowicie z publicznego życia na 10 lat?
Może nie na 10, może na 7-8 lat. Ale wyłączyłem się.
Mało osób by powstało po czymś takim.
Trzeba być facetem. Facet potrafi.
Potem wrócił pan na scenę.
Nie tak od razu. Zacząłem sprzedawać taśmy kabaretowe Gajosa, który zabierał mnie w trasę.
Jeździł pan na występy z Gajosem i pracował w szatni jako sprzedawca jego kaset?
Tak, bo chciałem dołączyć do ludzi. Strasznie się dziwili. To była moja przewaga nad nimi. Na scenę wróciłem małymi kroczkami.
Ale znowu z niej pan zszedł.
Przede wszystkim to były dwa udary. Bo ja w tej chwili chodzę źle, czasem mówię niewyraźnie. W takiej postaci nie potrafię wejść na scenę.
Dlaczego kupił pan konie?
Bo było takie duże pomieszczenie, które przypominało stajnie. Do kompletu trzeba było kupić konie.
Teraz te konie wożą niepełnosprawne dzieci?
Bo je lubię.
Zamiast prowadzić stajnię z końmi dla bogatych, zdrowych ludzi, którzy by przyjeżdżali do stajni Smolenia, zajmuje się pan dziećmi, na które większość ludzi woli nie patrzeć, uciekają od nich.
Wszyscy mnie pytają, dlaczego. Tak chciałem i tak zrobiłem. A do końca dlaczego, to zostawię dla siebie w środku, dobrze?
Co dają panu te dzieci?
To że się nie znamy, że oni mnie nie znają, że ja ich do końca nie znam, ich powikłań nie znam. Warto im pomóc, bo ten koń, ten spokój na podwórku, to wszystko im pomaga. Mnie też. Każdy powinien sobie znaleźć miejsce na świecie, żeby mieć spokój.
I to jest pana miejsce?
I to jest moje miejsce.
Ale chroni pan prywatność, nie chce, żeby pokazywano obejścia domu.
No bo to jest moje. Ja to chcę mieć dla siebie, dla mojej rodziny.
Wracając do koni: pan jeździł konno?
Akademię Rolniczą kończyło się kursem jazdy konnej i kursem na traktorze, tak że kiedyś jeździłem koniem i traktorem. A pan zapali?
Nie palę, całe szczęście.
To ja sobie zapalę dwa. Od podstawówki palę i nie chcę przestać. Ciągle jestem w podstawówce. Babcia mi szła po papierosy, bo bała się, że ja się przeziębię. Tak że ja sobie nigdy sam nie kupowałem papierosów.
A co dzisiaj daje panu radość, poza paleniem papierosów?
Słońce, to, że idzie wiosna, albo lato nawet idzie. Ta mucha, co mi lata, też mi daje radość, bo to jest ta mucha, co w zeszłym roku latała.
No nie, chyba nie ta sama.
Ona jest bardziej siwa, to właśnie ta sama.
Zanim zaczęliśmy rozmowę, oglądał pan telewizję, czyli wie pan, co się dzieje w dzisiejszym świecie. Młodzi mają niesamowity pęd do kariery, bo dla nich kariera, sława oznaczają wszystko co dobre. Jak pan na nich patrzy, to co pan sobie myśli?
Ja bym powiedział tylko „Synku, spokój". Oni by chcieli wszystko od razu, a to się nie da.
Nie widzą także, że sława ma cienie.
Tak, blaski i cienie.
A jakie ma pan spojrzenie na dzisiejszy polski show-biznes?
W sensie, że show i przeszoł.
Dziwnie się rozmawia z człowiekiem, który kojarzy się ze śmiechem, rozweselaniem, a mówi, że już nie jest od tego, żeby rozśmieszać.
Ale czy to jest moja wina? Zawsze byłem normalny, ja mówiłem do ludzi normalnym głosem, opowiadałem o zwykłych problemach. A oni się z tego śmiali. Nie ja się z tego śmiałem. Ani razu w życiu mnie nie widział pan w telewizji, żebym się śmiał z czegoś. Pietrzak się śmiał z tego co mówił, Jasiu Kaczmarek się śmiał. A ja się nigdy nie śmiałem.
Cholernie poważnym człowiekiem jest Bogdan Smoleń.
No, jest taki i co zrobić. Tylko tęsknić, kiedy zgłupieje. A pan nie zauważa, że zadaje strasznie poważne pytania?
Pan się jeszcze potrafi śmiać?
Tak.
A z czego pan się śmieje?
Czasami z siebie. Czasami z tych, co są wkoło.
Słucha pan swoich starych skeczy, kabaretów?
Nie, przecież to można wymiotować. Swoimi słowami.
Znam takich, co zawsze słuchają swoich piosenek albo oglądają swoje filmy.
Ja nie, nie chcę. Ile można czerpać. Były, ja nie lubię powtórek.
A jak dzisiaj wygląda pana dzień?
Ten dzisiejszy dobrze, bo się nie wywróciłem w drodze do ubikacji. Strasznie mnie boli, jak mnie podłoga bije po plecach. Przeszedłem sobie boczkiem i udało mi się. Jestem szczęśliwy i mam nadzieję, że jutro będzie mi coraz łatwiej chodzić. Ale to przejdzie, to jest pikuś.



