wzruszajaca opowiesc... idealna na scenariusz filmowy... szczesliwego nowego roku.kama_reda pisze:Sylwestra spędziłem w gronie bliższych znajomych, znajomych, a także nieznajomych. Ogólnie zaliczam go do bardzo udanego.
Imprezowanie zaczeło się o godzinie 18 u koleżanki w domu. Oprócz 7, 8 znajmych twarzy była masa ludzi, których widzialem po raz pierwszy na oczy. No, ale dość szybko znaleźliśmy współny język. Nawet się nie obejrzałem, jak dobijała godzina 23, zatem należało wyjść z domu, tak aby dotrzeć o północy na plac, gdzie zbierali się niemal wszyscy imprezujący w Redzie (znakomite miasto, polecam). Po drodze zaliczyłem dość bolesny upadek, a skutki jego odczuwam do teraz. Ogólnie jednak nie jest aż tak źle, biorąc pod uwagę uszczerbki na zdrowiu, jakie doznali niektórzy moi kompani przedwczorajszej nocy. Na placu byłem około godzinę, gdzie oczywiście składałem życzenia każdej napotkanej osobie. Wracając z placu nie zdecydowałem się jednak iść bezpośrednio spowrotem do miejsca, gdzie rozpoczęłem witanie roku 2007, lecz do innej koleżanki. Tutaj było już o wiele więcej znajomych twarzy, a że zabawa trwała w najlepsze to postanowiłem zostać do około godziny 5. Później wróciłem tam, gdzie mialem isc prosto z placu. Tam niestety większość ludzi spała/wbijała gwoździe itp. Ale nie było tego złego, bowiem z jeszcze 'żyjącymi' ludźmi spiliśmy resztki alkoholu ze stołów. Do domu wróciłem około 9, po czym poszedłem spać, a wstałem okolo 16:30. Kaca za wielkiego nie było, jednak niesamowicie muliło mnie w brzuchu, czułem się jakbym zaraz miał iść zmierzyć się z klozetem. W stanie takim byłem jeszcze przez godzinę, po czym poszedłem dalej spać.
Ogólnie, jak już pisałem, zabawę zaliczam do udanych. Nie mam pojęcia ile wypiłem alkoholu, wiem jednak, że ten który mialem przeznaczony dla siebie na całą noc (czyli 0.5 litra kamikadze) skończył się już przed godziną 23 (wtedy już ledwo kontaktowałem, ale wyjście na dwór, długi spacer, aby dojść na plac, dobrze na mnie wplynął). Wcześniej na rozgrzewkę wypiłem jeszcze dwa specjale (moje ulubione zresztą), a razem ze znakomitym (bo przyrządzanym, najtańszym kosztem, przeze mnie) kamikadze piłem czystą oraz palony spirytus*. Z rana natomiast dopijałem już wszystko co było pod ręką. Dlatego ogolnie ciezko zliczyc ile ogólnie wlałem w gardło.
Poznałem także kilka/naście interesujących ludzi, w głównej mierze dziwczyny rzecz jasna. Było dużo tańców, a także atrakcja specjalna - karaoke. Świetna zabwa przy tym, zwłaszcza, że nikt za bardzo nie skupiał się na tym aby śpiewać, lecz aby przekrzyczeć drugiego.
Niestety, poza wspomnianym wczesniej bolesnym upadkiem, spotkały mnie również rzeczy mniej przyjemne. Np. rozmawiałem przez telefon z nieznajmomym panem (tak mi się wydawało, że z nieznajomym, później jednak okazało się, że to był mój wujek), którego wyzwałem od najgorszych... itp. Poza tym także przez czysty przypadek zerwałem światełka z choinki stojącej w centrum Redy. Bardzo przykro mi z tego powodu :huh:
.
Oby takie imprezy (niekoniecznie z okazji sylwestra) zdarzały się częściej (no, ale może nie za często).
*palony spirytus - polecam tenże alkohol. Nazwa mnie na początku odstraszała (do dziś pamiętam uczucie, kiedy wypiłem kieliszek czystego spirytusu, myśląc że piję wódkę) i nie było mi prędko, aby to skosztować. Lecz kiedy już spróbowałem, to w miarę możliwości (bo koledzy nie zawsze chcieli sie dzielic, argumentujac ze mam swoje alko) piłem jak najczesciej. Przyrządza sie następująco: Wlewa się pół kieliszka czystego spirytusu, drugie pół gęstego soku malinowego. Z góry podpala sie zapalniczką (inne środki wzniecające ogień także mogą być) i uderza mocno ręką w ten kieliszek (powinien się przyssać). Następnie się energicznie miesza i gotowe do picia. Polecam jeszcze raz. B)







