Newcastle United - Everton 0:1
pozostaje tylko żałować, że piłkarze obydwu drużyn nie zagrali przez cały mecz tak, jak w jego ostatnich 20. minutach. Jednak po kolei. Pierwsza połowa to wyraźna przewaga gospodarzy, ale paradoksalnie, to Sroki miały lepsze okazje na zdobycz bramkową. Najpierw do niezłej sytuacji strzeleckiej doszedł Mitrović, a następnie mocną główką się wykazał Wijnaldum. Podopieczni Roberto Martíneza prowadzili grę, ale brakowało wykończenia akcji, a w wielu przypadkach odnosiłem wrażenie, że piłkarze nie postępują zgodnie z założeniami managera Evertonu. Barkley usilnie próbował oddać strzał z dystansu, tak samo na Romelu Lukaku ewidentnie ciążyło podtrzymanie strzeleckiej passy i momentami Belg zamiast podawać do partnerów, na siłę wdawał się w starcie z rywalem, aby tylko się zbliżyć do pola karnego. Należy też dodać, że zespół McClarena powinien grać w dziesiątkę. Przed przerwą faul kwalifikujący się na żółtą kartkę popełnił Janmaat. Holender został już wcześniej ukarany przez Lee Masona, zatem prowadzący to spotkanie powinien po raz drugi pokazać kartkę defensorowi gospodarzy, czego jednak nie uczynił. W drugiej połowie ponownie od ataków zaczęli goście, lecz mieliśmy powtórkę z rozrywki, czyli to znowu Newcastle doczekało się dogodniejszych okazji na gola. Minimalnie niecelna główka Mitrovicia, czy szansa Wijnalduma (fantastyczna interwencja Tima Howarda!) to najgroźniejsze momenty tego spotkania. Everton odpowiedział silnym uderzeniem Colemana, główką Funes Moriego, czy dwoma świetnymi akcjami Lukaku, co stanowiło zapowiedź ciosu, który The Toffees zadadzą na dosłownie sekundy przed końcowym gwizdkiem arbitra. Cleverley bohaterem, ale nie ma co ukrywać, że Rob Elliot się nie popisał tym piąstkowaniem i w zasadzie wystawił piłkę do skończenia byłemu pomocnikowi Aston Villi.
Steve McClaren klaszcze i dziękuje fanom, ale dla Newcastle zwyżka formy była króciutka.



