Aston Villa - Tottenham Hotspur 0:2
w pierwszej połowie Koguty dosyć szybko przejęły inicjatywę. Najpierw w poprzeczkę trafił Kane, kolejno z dystansu zaskoczyć Guzana próbował Eriksen, a jeszcze później w słupek piłką trafił Lamela. Myślę, że bramka dla Tottenhamu mogła paść już wcześniej, ale Kane dwukrotnie zachował się po prostu egoistycznie i zamiast podawać do lepiej ustawionych partnerów, wolał strzelać. Najpierw z ok. 25. metrów, później już w polu karnym, lecz z bardzo ostrego kąta, przez co szanse na pokonanie amerykańskiego golkipera były niewielkie. Gospodarze mieli jedną fajną akcję, po której Gestede oddał groźny, mocny strzał, ale futbolówka pofrunęła prosto w ręce Hugo Llorisa. The Villains także udanie rozpoczęli drugą połowę, na 3. minuty przyciskając rywala z Londynu i starali się doprowadzić do remisu, lecz niewiele po tym nastąpiła zabójcza kontra podopiecznych Pochettino i na 2:0 podwyższył Harry Kane. Konsekwencją tego trafienia był spadek tempa spotkania, goście przeprowadzali akcje w ataku pozycyjnym, ze spokojem szukając szansy na wciśnięcie trzej bramki, natomiast gospodarze byli już zniechęceni i pozbawieni nadziei na odrobienie strat. Dodatkowo wszelkie ich próby wyprowadzenia kontry spotykały się z natychmiastowo wysoko podchodzącym Tottenhamem i niwelującym te dążenia. Widzów obudził ponownie Gestede, który w 70. minucie rywalizacji ładnie zgasił piłkę na klatce piersiowej i oddał uderzenie z woleja. Ostatecznie niecelne. Podobnie spudłował w 84. minucie, ponieważ z odległości 4. metrów do bramki Llorisa trafił… w poprzeczkę. Szkoda, bo w przypadku bramki kontaktowej należałoby mieć nadzieje na emocjonującą końcówkę, a tak trzy punkty dla Tottenhamu.



