Argument o nagrywaniu rozmów jako poparcie krzyczenia na szaraczków ujdzie, ale przecież są sytuacje, gdy takiej zależności nie ma. Ile razy na dworcu widziałem kupujących bilety i pretensje do pani kasjerki: "50 zł za normalny do....?!!!", tak jakby to ona ustalała ceny. Innym razem na festiwalu filmowym czekałem z ludźmi na seans, a jeszcze poprzedni się planowo nie skończył i z 5–6 osób podeszło do grupki nastoletnich praktykantów, których jedynym zadaniem było stanie i rozdawanie biuletynów, i zaczęło drzeć na nich mordę, że co to ma być, że już 18:00... Młodziki zaczęły tłumaczyć, że oni tylko mają praktyki i broszury rozdają, ale gdzie tam. Tamci uparcie do nich, że sobie w kulki z nimi lecą i z ryjem, że aż się niosło po całym holu.
Tak samo irytują mnie wszelkie informacje przy kasie w Empiku o jakichś promocjach albo ledwo przekroczę czubkiem buta próg sklepu, a już do mnie lecą i: "JAKI ROZMIAR?", ale mam na uwadze, że odgórnie im to każą, zatem to też nie jest ich wina.



