Sunderland - Everton 0:3
mam wrażenie, że kto by nie prowadził Czarnych Kotów (Poyet, Advocaat, Allardyce, Moyes, a można byłoby zatrudnić nawet Kloppa, Guardiolę, czy Mourinho), to ta drużyna i tak będzie grać tak samo. Wciąż dużo szarpania, jak i prostych środków typu długa piłka do przodu w kierunku najbardziej wysuniętego napastnika, a do tego szkolne błędy w defensywie. Dzisiaj w pierwszej połowie gospodarze mieli niezły fragment gry, gdy na dłużej przycisnęli przeciwnika. Kilka razy z piłką wzdłuż linii pola karnego zabierał się Duncan Watmore, zaś uderzenie Defoe zza "szesnastki" zostało skutecznie zablokowane. Kapitan Sunderlandu doczekał się lepszej okazji na pokonanie Stekelenburga, ale przeniósł piłkę ponad poprzeczką bramki rywala. Można rzec, że na szczęście, albowiem doświadczony Anglik był na pozycji spalonej, czego prawdopodobnie nie wychwycił sędzia liniowy. Z pewnością uznanie nieprawidłowego gola popsułoby odbiór widowiska. Everton? Na początku spotkania Pickford skutecznie zagarnął piłkę przed nogami Lukaku, ale na prawdziwe starcie tych dwóch zawodników należało trochę poczekać. Kilkanaście minut później Belg oddał mocne uderzenie głową, lecz golkiper drużyny Moyesa w porę zareagował, wybijając piłkę wysoko w powietrze. Podobny scenariusz otrzymaliśmy w pierwszym kwadransie drugiej połowy. Najpierw kilka ataków przeprowadzili gospodarze (m.in. niezła okazja po "wrzutce" z rzutu rożnego), po czym do głosu zaczął dochodzić zespół Koemana. Z dobrej strony pokazywał się zwłaszcza Coleman, z powodzeniem radzący sobie na prawej flance. Wreszcie trafił Lukaku, a niemała bura dla zawodników Sunderlandu. O ile zagranie Deulofeu udało się powstrzymać, tak w dalszej fazie akcji gracze Davida Moyesa byli zbyt pasywni względem Gana Gueye'a, nie mówiąc już o kompletnym odpuszczeniu Lukaku. Wydaje się, że posadzenie na ławce rezerwowych Johna O'Shea nie było do końca trafioną decyzją. Podwyższenie rezultatu mogło nastąpić błyskawicznie, ale bohaterowie poprzedniej akcji sobie wzajemnie przeszkodzili. Najpierw wydawało się, że uderzy Lukaku, po czym piłkę zagarnął mu Gueye, posyłając ją w kierunku trybun Stadium of Light. Emocji było coraz więcej. Ponownie aktywny był reprezentant Belgii, który trafił w poprzeczkę, a niespełna minutę później strzał Watmore'a blokował Jagielka. Myślę, że skrzydłowy Sunderlandu podjął niesłuszną decyzję o uderzeniu i powinien był podawać do wbiegających w pole karne Evertonu partnerów. Warto także wspomnieć o próbie Kahzriego z rzutu wolnego, ale takimi strzałami nie sposób zaskoczyć Stekelenburga. Inaczej zakończyła się akcja Bolasiego, który z odpowiednią siłą posłał piłkę w pole karne, gdzie pozostawiony bez opieki Lukaku ze stoickim spokojem po raz drugi pokonał Pickforda. Nie dziwię się reakcji van Aanholta. Ja również na miejscu Holendra miałbym pretensje do kolegów z obrony, którzy patrzyli się wszędzie, lecz nie na swobodnie poruszającego się w ich "szesnastce" Lukaku. Trzecie trafienie to już w ogóle parodia. Przypomina mi się mecz Manchesteru United, w którym stoperzy Czerwonych Diabłów pozostawili tyle wolnego miejsca napastnikowi drużyny przeciwnej. Wówczas bramka nie padła, ale dzisiejszego wieczoru Lukaku nie miał zamiaru marnować takiej okazji. Inna sprawa, że już później mógł być mniej łapczywy na te gole i na kwadrans przed końcem rywalizacji powinien podać piłkę do Mirallasa zamiast egoistycznie w pojedynkę kończyć akcję. W dodatku bez powodzenia. Cóż, trzy "oczka" dla The Toffees.



