Otóż gdy jeszcze jeździłem na zajęcia do liceum, to miałem tak skonstruowany plan, że chyba ze cztery razy w tygodniu miałem na ósmą rano. Jeździłem więc autobusem tym samym codziennie. Ze dwa-trzy razy w tygodniu do tego autobusu dwa przystanki dalej wsiadała dziewczyna, która była w moim mniemaniu naprawdę jedną z najładniejszych Polek jakie widziałem w życiu, choć do cholery nie znałem nawet jej wieku i ciężko było mi stwierdzić, czy to mniej więcej moja rówieśnica, czy może nawet jakaś gimnazjalistka(coś pomiędzy pewnie, heh). No i w sumie od początku wpadła mi w oko, więc każdy taki przejazd autobusem był dla mnie super sprawą, zawsze na tym drugim przystanku wypatrywałem jej z daleka, a że nie lubię w autobusach siedzieć i stoję, to często przy jej wejściu łapaliśmy nawet kontakt wzrokowy czy coś. Oczywiście ja nie szukałem i wciąż nie szukam partnerki ani nic, więc o żadnej gadce nie mogło być mowy. Problem w tym, że kończył się kwiecień, ja przestałem jeździć tym autobusem i od tamtej pory jej ani razu nie widziałem. No i nie wiem jak to napisać, ale tęsknię za nią, nawet jej na facebooku jakoś wiosną szukałem, ale nic, ani śladu po niej. XD I w sumie nawet nie wiem po co to robiłem, bo i tak bym nie napisał. Ale to jest przejebane uczucie trochę, nie żadne zakochanie, ale zauroczenie. Teraz mam tak plan skonstruowany na studiach, że nigdy w życiu na nią nie trafię, bo ona normalnie będzie kończyć w godzinach szkolnych, zresztą jeżdżę innymi autobusami.
Wniosek? Miałem tu napisać coś o tym, że jak się zauroczysz, to podbijaj i nie czekaj, ale w sumie to sam nie wiem, życie jest niefajne.



