Nie ogladalem meczu Milanu bo nie byl dostepny na zadnym kanale odbieranym w Polsce.Gdy zobaczylem suchy wynik to jakbym dostal mlotem w glowe.1:1 z Ascoli beniaminkiem ktory nawet nie wywalczyl normalnie awansu tylko go dostal w prezencie to skandal.Carlo ty buraku i tak dalej.
Jednak gdy obejrzalem powtorki to zmienilem zdanie.Carlo czesciowo ale tylko czesciowo mozna rozgrzeszyc.Calkowicie nie bo niby dlaczego wpuscil okolo 80 minuty obronce za obronce (Jankul za Kaladze) a nie wzmocnil sile ataku.Jesli nie bylo to spowodowane kontuzja Kaladze to ciezko pojac mi ten ruch.Ale mniejsza z Carlo bo mecz nie powinien sie w ogole odbyc a jesli nawet to zostac przerwany.W lecie jeszcze we Wloszech taka woda na boisku jest rzadko spotykana.Moze gospodarze specjalnie ja w nocy lali na murawe zeby utrudnic zadanie Milanowi?Jakby nie bylo remis wywalczyli i jest to ich sukces a nasz porazka.Za 2 tygodnie mecz ze Siena i jest to mecz must win (jak w sumie kazdy mecz Milanu).
A teraz sprawa druga ktora chcialem poruszyc.Cos co mnie zmartwilo osobiscie.
Gdy po meczach rozmawialem z fanem Interu (pozdro dla Milosza) to on sie cieszyl ze zwyciestwa swojej druzny z bylo nie bylo slabym rywalem u siebie jak dziecko.Opisy na GG pelna podnieta z zagrania Pizzaro.Zachwyty nad Adriano fenomen mistrz dominator.Wzywal mnie do klekania mowil ze to sezon Interu i w ogole pelna ekstaza.Smieszylo mnie to ale gdy wieczorem zaczelem sie zastanawiac czy ja tez tak swietuje zwyciestwa Milanu to juz sie nie smialem.Nie wiem moze jestem za stary (bo na pewno milosc do klubu nie opadla ani na jote) ale ja nie pamietam kiedy ostatnio cieszylem sie ze zwyciestwa Milanu w przynajmniej zblizonym stopniu jak Milosz ze zwyciestwa Interu.Czy juz tak jestem przyzwyczajony do tego ze Milan wygrywa mecz?Czy mam calkowite przeswiadczenie ze Milan stworzony jest do wygrywania (bo jest) i musi wygrywac ze gdy wygra nie robi to na mnie wiekszego wrazenia?Nie skacze nie krzycze (z wyjatkiem finalu LM) nie latam po domu tylko kwituje kolejne bramki dla Milanu i zwyciestwa usmieszkiem ktory mowi "nie ma z czego robic sprawy tak mialo byc".Podobnie po porazkach.Nie chodze zdolowany i smutny.Dominuje wscieklosc i przekonanie ze za tydzien Milan wygra wszystko wraca do normy wiec po co sie smucic.Nie pamietam kiedy plakalem ostatnio po porazce za to pamietam gdy plakalem po zwyciestwie a bylo to w 1998 roku gdy Milan zdobywal mistrza (mecz z Parma 3:2 bramka Ganza w 92 minucie i wygrana - chyba ze mam zawodna pamiec).Kleczalem na podlodze a lzy same lecialy mi z oczu.Pewnie dlatego ze wczesniej Milan nie byl taki dobry nawet 10 miejsce w lidze zajal.Potem juz nie bylo takiego czegos (a przepraszam bylo chociaz nie plakalem z radosci - mecz z Ajaxem w LM i bramka Inzaghiego na 3:2 tez w doliczonym czasie gry
Teraz tylko po naprawde wielkich meczach ciesze sie prawdziwie.Puchar Wloch w 2004?No spoko.Superpuchar?Fajnie ze sie udalo.Porazka w Interkontynentalnym?Trudno jeszcze tam wrocimy.
Konczac ten moj dlugi wywod stwierdzam na wlasnym przykladzie ze zwyciestwa rozleniwiaja moze nawet zabijaja prawdziwa radosc.Dalej sie ciesze ale nie tak jak dawniej bo wiem ze Milan musi wygrywac i bedzie wygrywal.
Czy zazdroszcze czegos fanom Interu?Chyba jednak tak.Chyba tej dziecinnej radosc po zwyciestwach.Jednak jesli mialbym ja odzyskac poprzez 10 20 czy 30 lat bez odnoszenia sukcesow to jednak dziekuje.Wystarczy mi to co mam.A mam naprawde wiele jestem przeciez kibicem Milanu
Forza Milan.Od wrzesnia zaczynamy marsz po scudetto.


