PSG - FC Barcelona 4:0
zaskoczyli mnie Paryżanie i pomimo że dalej podtrzymam swoje, iż przed rewanżem Katalończycy byli dla mnie wyraźnym faworytem, to na pewno Emery i spółka dokonali dzisiaj czegoś wielkiego. Od początku przejęli inicjatywę i zagrali wbrew temu, co można było przeczytać na tym forum, czyli nie postawili na obronę i nie grali z kontry. Wręcz przeciwnie. To w przypadku gości można wskazać nieliczne okazje podbramkowe, które nastąpiły po wyprowadzaniu kontrataku, ale efekt tych prób znamy w postaci końcowego wyniku. Niewidoczny Suárez, wielokrotnie w zawstydzający sposób tracący piłkę Messi, niepewny Busquets... Neymar też nie grał na swoim optymalnym poziomie, ale jako jedyny z Barcelony był wystarczająco aktywny i wykazał odpowiednią motywację, aby móc postawić hipotezę, że przy lepszej postawie kolegów z linii ataku, udałoby mu się zaistnieć.
Z PSG wyróżnię przede wszystkim Matuidiego. Jak zwykle okaz tytanicznej pracy w środku pola i można słusznie chwalić Di Maríę, Draxlera, czy Cavaniego, ale dla mnie numerem jeden był Francuz. Z opaską kapitana, niczym prawdziwy profesor, przemierzał kolejne metry boiska i dawał ogromne wsparcie zarówno w defensywie, jak również w ofensywie. Brawa także dla Kimpembe, który zastąpił Thiago Silvę i momentami nieodczuwalne były różnice pomiędzy tymi zawodnikami.
Emery nie do końca trafił ze zmianami. Pastore wszedł i co chwilę tracił piłkę, zaś Lucas za bardzo się łakomił na gola. Dobrze, że były trener Sevilli chciał odświeżyć siły i zdjął takiego Di Marię, ale efekt tych roszad nie najlepszy.
Cóż, rewanż wciąż jest sprawą otwartą, albowiem nie takie cuda w futbolu widziano. Na ten moment jednak przed PSG drzwi do ćwierćfinału stoją szeroko otwarte.



