Za mną Marillion Weekend... Cóż za trzy dni wspaniałej muzyki i wielkiego show! Za każdym razem stawałem pod klubem już ok. 12:00 i opłacało się, wszak zawsze dostawałem się pod same barierki, w dodatku frontalnie do mikrofonu Hogartha. Oczywiście, mógłbym trochę ponarzekać na dobór niektórych utworów, albowiem nie wszystkie mi odpowiadały, ale... Wolę się skupić na tym, co mnie zachwyciło, a trochę tego było... Na pamiątkę mam nie tylko bilet i opaskę, ale również setlistę z drugiego dnia! Super sprawa, udało mi się ją chwycić, gdy ochroniarz podawał w wyciągnięte ręce tłumu. Na pewno zapamiętam moment, gdy na kilka sekund Hogarth spojrzał w moje oczy... Ciary. Na pewno zapamiętam dzisiejszy uśmiech w moją stronę Rothery'ego... Dotychczas byłem na koncertach Marillion we Wrocławiu w 2012 roku oraz Słupsku w 2016, ale ten łódzki tryptyk dostarczył mi najwięcej wrażeń, co jest chyba oczywiste. Na pewno zapamiętam publiczność, która ani na moment nie spuściła z tonu i nieustannie angażowała się w grę razem z muzykami. Co ważne, wiedziała, kiedy wstrzymać okrzyki/klaskanie i nie zakłócała ważnych instrumentalnych partii... Całe szczęście.
Z pierwszego dnia najmilej wspominam zagranie mrocznego "A Voice from the Past", dramatycznego "The Great Escape" oraz mojego ulubionego kawałka z przedostatniego albumu, "Gaza".
Drugi dzień to fajna mieszanka, albowiem najpierw otrzymaliśmy garść kawałków z epoki Fisha (głównie z "Clutching at Straws"), a następnie w całości został zagrany "FEAR", który poza "The New Kings", ponieważ jego albumowa wersja jest mistrzowska, chyba wypadł zdecydowanie lepiej "live" niż w studio. Myślę, że zarówno wokalnie, jak również instrumentalnie, mój odbiór okazał się lepszy.
A co dzisiaj? Z "marillion.com" lubię tylko zamykający koncept "House", zatem czekałem na ten utwór i spełnił moje oczekiwania. Było klimatycznie, relaksacyjnie... A później prawdziwa bomba bisów. Wybrzmiał jeden z moich ulubionych kawałów, czyli "Berlin", był zajebisty instrumentalnie "King", w którego finale panowie dali z siebie absolutnie wszystko... Hogarth klęczący z gitarą i agresywnie szarpiący struny, Kelly z polotem śmigający po klawiszach, Mosley uderzający po kolei o każdy z bębnów i talerzy... "This Strange Engine"? Och, Rothery i jego sławetne solo, ale również Hogarth budujący narrację i wchodzący w różne role... Czego on nie robił przy tym mikrofonie... Z wyboru "Splintering Heart" oraz "Real Tears for Sale" jestem mniej usatysfakcjonowany, ale... co tam, grunt, że fajnie się skończyło, wszak optymistycznym akcentem i wybrzmieniem "The Leavers: V. One Tonight".
Takie prawdziwe wzruszenie odczułem dopiero pod koniec, gdy Hogarth stwierdził: "Thank you for coming for this weekend". Wtedy do mnie dotarło i poruszyło mnie w środku, jak wspaniałe to było wydarzenie.
Fajnie też było pogadać z ludźmi w kolejce. Zamieniłem niejedno słowo z Niemcami, Australijczykami, Francuzami, Holendrami, Amerykanami... A poza tym byli też przyjezdni z Iranu, Brazylii, Malty i Japonii... Więcej zagranicznych niż Polaków, hehe.
Trzy dni spektakularnego show, trzy dni obcowania ze wspaniałym zespołem.
Oby zdrowie chłopakom dopisywało, ponieważ reakcje słuchaczy pokazują, jak bardzo kochają ten zespół.



