The Championship (zbiorczy)

blackmore
Kapitan
Kapitan
Posty: 3853
Rejestracja: 28 wrz 2013, 21:11
Reputacja: 163

The Championship (zbiorczy)

Post autor: blackmore » 22 kwie 2017, 1:42

Norwich City - Brighton & Hove Albion 2:0

ostatni raz drużynę Chrisa Hughtona oglądałem pod koniec grudnia w meczu z Leeds United, o którym pisałem w tym temacie, a dzisiejszego wieczoru udało mi się ponownie prześledzić jej poczynania - już w roli świeżo upieczonego przedstawiciela Premier League. Przyznam szczerze, że już nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem tak niefortunny występ bramkarza. David Stockdale może mówić o niemałym pechu, albowiem obydwa trafienia samobójcze, jakie mu przypisano, to efekt ogromnego nieszczęścia. Gole kuriozalne, ale... cóż zrobić, tak to się potoczyło.

Mecz od początku odbywał się pod dyktando gospodarzy. Świetnie prezentował się zwłaszcza Naismith, który ładnie dogrywał piłki do partnerów, a niemałe z nim problemy miał Pocognoli. Belg nie raz zmuszony był sfaulować szkockiego gracza. Przewaga gospodarzy nie ustępowała, aż wreszcie na prowadzenie wyprowadził ich samobój Stockdale'a po uderzeniu z kilkunastu metrów Pritcharda. Do tego momentu dosyć niewidocznego zawodnika, zdecydowanie częściej w akcji oglądaliśmy, np. Oliveirę, który ładnie współpracował ze wspomnianym już Naismithem.

Od czasu trafienia do siatki Brighton obraz gry nie uległ zmianie, tj. gospodarze wciąż dominowali, a kolejną szansę na strzelenie gola stanowił rzut wolny w wykonaniu Naismitha, po którym futbolówka pofrunęła nad poprzeczką bramki gości. Dopiero pod koniec pierwszej połowy bezpośrednim strzałem między słupki Ruddy'ego popisał się Hunemeier, nieco poprawiając statystykę swojej drużyny. Na przerwę gracze Hughtona schodzili z tęgimi minami, albowiem przed gwizdkiem arbitra, doszło do drugiego samobója Stockdale'a.

Drugą połowę lepiej rozpoczęli przyjezdni, wreszcie się przebudził Glenn Murray, który zaczął dochodzić do sytuacji strzeleckich, a bliski szczęścia był po próbie z rzutu wolnego Pocognoli. Piłka po jego strzale minęła jednak poprzeczkę bramki Ruddy'ego. Dopiero na ostatnie 20. minut gra się wyrównała, z jednej strony wciąż próował Murray (zwłaszcza w jednej z okazji zatrudnił Ruddy'ego, który skutecznie sparował piłkę na rzut rożny), a z drugiej do ofensywnych poczynań powrócili Naismith i Oliveira, którzy starali się przypieczętować zwycięstwo.

Dziwne, że Alan Irvine tak późno zdecydował się na przeprowadzenie zmian. Powiew świeżości u Karanków potrzebny był już w okolicach 60. minuty, a manager Norwich rotacji w składzie dokonał dopiero w ostatnich pięciu minutach rywalizacji i w dodatku wpuścił tych, których bym się nie spodziewał, tj. dziwne, że nie dał pograć ani Tettey'owi, ani Jerome'owi.

Nawiasem mówiąc, był to dosyć czysty mecz. Faule oczywiście się zdarzały, nawet sędzia dwa, czy trzy razy sięgnął do kieszonki, ale mimo wszystko gra toczyła się zgodnie z regulaminem, nie było zbyt wielu przerw w grze... Dobre, płynne widowisko.

Wróć do „Anglia”