Tak to prawda.
Fajnie było ogladać jak Benitez niszczy taktycznie Juventus, Barcelone czy Chelsea. Ale w miedzy czasie przychodziła ligowa rzeczywistosc, a tam czekały Portsmouth, Birmingham czy Aston Villa i okazywało sie, że ta druzyna oprócz żelaznej defensywy niema kibicowi niczego do zaoferowania. Rywale sie cofali na 30 metr przed własną bramkę a piłkarze Liverpoolu klepali medzy sobą przez wieksza czesc meczu, co z reguły kompletnie do niczego nie prowadziło. Benitez nazywał to controlling the game, a kibice rzygali juz tym kontrolingiem po kolejnym zremisowanym bądź wygranym jedną bramką meczu. I to było zaprzeczeniem tego na czym Liverpool, ten wielki Liverpool z lat 80-tych zbudował swoją popularnosc, bo:
to co zrobił Klopp z ta druzyną, a wczesniej, przez chwilke Rodgers to nie jest żadna nowa tozsamosc. To jest własnie to sławne Liverpool Way, czy Kick and Rush, czyli styl gry z którego słynęły druzyny Shanksa, Paisleya, Fagana i Dalglisha. Nawet despota Souness, przy całej jego nieudolnosci i ciepła klucha Evans starali sie ten styl kontynowac... na marginesie taka dygresja, jestem prawie pewien, ze gdyby tych gosci wybrac odwrotnie tzn najpierw dac szatnie Evansowi gdy rzadzili w niej jeszcze Barnes z Rushem, a potem Sounesowii gdy szaleli Spice Boys, to Liverpool nie popadłby az w taka przeciętnosc. Ale to temat na zupełnie inna rozmowe... dopiero gdy przyszli trenerzy z kontynentu, najpierw Houlier, potem Benitez to sie okazało, że futbol to szalenie skomplikowana gra, która wiecej wspólnego ma z szachami niz z jakakolwiek inną dyscyplina sportu. To było zaprzeczenie całej idei Liverpoolu. I tylko wczesne sukcesy obu panów, Houliera 5 trofeow, Beniteza Liga Mistrzów, potem FA Cup, pozwoliły im na zachowanie stołków na tak długi czas.
W kazdym innym przypadku, bez wyników z taką grą wytrzymali by na stołkach góra 2-3 sezony.



