New York Red Bulls - Atlanta United 2:0 (Royer 39'-karny, Parker 74')
W meczu na szczycie Eastern Conference, zapowiadanym jako najważniejszy mecz tegorocznego sezonu zasadniczego MLS, wicelider z Nowego Jorku pokonał liderującą Atlantę. Gospodarze musieli sobie radzić baz najlepszego strzelca - Bradley Wright-Phillips pauzował za żółte kartki. W 1. połowie inicjatywa była po stronie Red Bulls, a schowana za podwójną gardą Atlanta czekała na kontry. W 10 min. Almiron dostał świetne prostopadłe podanie i popędził na bramkę gospodarzy, ale interwencja wychodzącego z bramki Luisa Roblesa zażegnała niebezpieczeństwo. W 26 min. miała miejsce kontrowersyjna sytuacja - po szybko rozegranym przez Red Bulls rzucie wolnym piłkę dostał w polu karnym Alex Muyl, zdwrzył się z Guzanem, ale arbiter nie podyktował jedenastki. Niedługo później Red Bulls trafili w końcu do siatki, ale z wyraźnego spalonego. Gospodarze w końcu objęli prowadzenie w 39 min. - po faulu w polu karnym jedenastkę mcnym strzałem w lewy górny róg wykorzystał Royer. Po przerwie Atlanta zagrała zdecydowanie ofensywniej, angażując w ataki większą liczbę graczy i próbując ataków pozycyjnych. W 53 min. po dośrodkowaniu z rzutu wolnego uderzał bez przyjęcia Larentowicz, ale bardzo niecelnie. Mimo przewagi United to gospodarze zdobyli gola - Rzatkowski zagrał świetne podanie do Muyl'a, ten dograł wzdłuż bramki do Tima Parkera, który z najbliższej odległości wpakował piłkę do siatki. Zwycięstwo Red Bulls mogło być jeszcze okazalsze, bowiem po zagraniu ręką w polu karnym arbiter podyktował jedenastkę. Do piłki podszedł Paragwajczyk Romero, ale jego strzał był zbyt słaby i Brad Guzan obronił go bez problemu. W końcowych minutach Atlanta stworzyła sobie jeszcze dwie sytuacje bramkowe ale ostatecznie opuściła Nowy Jork bez zdobyczy bramkowej. Dzięki zwycięstwu Red Bulls zmniejszyli stratę do lidera do jednego punktu i wygranie Eastern Conference nadal jest w ich zasięgu.



