Dzięki, chociaż muszę przyznać, że etap rozpaczy miałam wtedy, kiedy pisałam Wam, że wet już jedzie. Wczoraj przyjęłam to bardziej na spokojnie, po prostu ze świadomością, że ona już się nie męczy. Najgorsza była noc, bo są sytuacje, w których nawet medytacja nie pomoże.
Ale aż nie chcę sobie wyobrażać, co będzie, jak stracimy kiedyś tę wariatkę:

To jest pierwszy pies, którego przygarnęliśmy z Marcinem, który jest z nami cały czas i jednocześnie jest pierwszym zwierzakiem Zośki. Na szczęście kundelki żyją dłużej niż te wielkie rasowce, więc wierzę, że jeszcze długo będzie nas wkurzać swoją hałaśliwą osobą


