Spędziliśmy tam 5 dni, z czego 2 dni w San Juan a 3 dni na zachodnim brzegu wyspy, skąd pochodzi współtowarzyszka.
Może jak się komuś nudzi to będzie miał ochotę przejrzeć
No to jedziemy, sporo fotek w spojlerze
Spoiler:
Pierwsze widoki w drodze z lotniska. Pogoda typowo karaibska - 29 stopni, wysoka wilgoć i pochmurnie, co jakiś czas przelotny deszcz.

Pierwszy przystanek to Viejo San Juan, czyli Stary San Juan. Stare Miasto, zbudowane w XVI wieku przez Hiszpanów na małej wyspie odstającej od głównej wyspy Portoryko. Piękne, malownicze kamieniczki i wąskie uliczki. Niestety, jak na amerykańskie warunki przystało, wszędzie dopuszczony ruch uliczny sprawia, że po prostu wszystko jest zakorkowane. Bardzo głupio, ale cóż.


Na pewno nie chciałbym się po tej wyspie poruszać autem.


Wynajęliśmy mieszkanie na Airbnb. Klatka schodowa wyglądała tak:

Całe stare miasto otoczone jest murem, gdyż była to po prostu forteca Hiszpanów. W dwóch narożnikach mieszczą się zamki/fortece. To jeden z nich, w oddali

Sprawia ładne wrażenie gdy jest oświetlony

Aczkolwiek widać na każdym kroku, że miasto jest własnie na takim wzniesieniu.

Wszędzie jest też dużo pięknej zieleni, co było miłą odmianą od szarego, ponurego domu.


Do knajpy na pierwszy obiad wybraliśmy się do dzielnicy slumsowej, która jest na dole, pod murami. Nazywa się La Perla, wygląda tak


Niemniej jednak, knajpa fantastyczna, widok przy jedzeniu taki:

Typowe portorykańskie jedzenie to zmielone zielone banany, kukurydza, ryż, mięso/ryba, a sos do frytek czy innych tego typu rzeczy to mayokechu czyli po prostu zmieszany ketchup z majonezem.

Po obiedzie poszliśmy spacerem w stronę zamku, gdzie znaleźliśmy lokalny cmentarz. Cmentarze w USA wyglądają zupełnie inaczej, nie mają takich grobowców. Tutejszy cmentarz jest bardzo europejski.

Jak się okazuje, na cmentarzu żyją... kury.

Żeby wydostać się w górę, trzeba przejść taką uliczką, która robi ostry zakręt. Gdy ktoś stamtąd wyjeżdżał, trąbił cały czas, żeby poinformować ludzi na górze, że jedzie

Kilka strzałów nocnych ze spaceru po Starym San Juan.


Ci, co Amerykę znają wiedzą, że na terenie USA ciężko o takie klimaty, jak stoliki na zewnątrz, bulwary, wąskie uliczki i kamienice. Poza Quebeciem i Montrealem, świat tu jest zupełnie inny. Dlatego tutaj Amerykanin może poczuć się jakby był żywcem przeniesiony do Europy. Taka Europa bez paszportu, w dodatku na Karaibach.


Następny dzień bardzo padało, poszliśmy na śniadanie do kawiarni, której dziedziniec też wyglądał jakby był żywcem przywleczony z Europy.

Miasteczko senne o poranku, gdyż turyści pewnie jeszcze śpią

Następnie wybraliśmy się na teren zamku, który jest największą fortecą Hiszpanów w Ameryce.
Dziwnie było tu widzieć ten samochód

Tu parę strzałów z samego zamku oraz terenów fortecy.




To wszystko to teren, który wróg musiałby przemierzyć bez żadnej osłony.

W 1941, Amerykanie wykorzystywali fortecę do celów wojskowych. Dobudowali bunkier, w którym wypatrywali wrogich jednostek.

Można powiedzieć, że widok z bunka przypomina ciutkę widok jak z Normandii.

Potem kawka, też w bardzo europejskim stylu, na rynku z kawiarniami na środku...


I bardzo dobra kolacja, z wodą prosto z kokosa na stole

Następnego dnia ruszyliśmy po wynajęte auto i w drogę na zachód. Ciekawostką jest to, że o ile całe USA używa systemu imperialnego, tak tutaj jest to dość mocno pomieszane. Paliwo sprzedaje się w litrach

Odległości na drogowskazach oraz znakach "milemarkers" podaje się w kilometrach

Za to ogr. prędkości już w milach.

Smaczku dodaje to, że wszystkie znaki są po hiszpańsku. Są to te same znaki co w kontynentalnych Stanach, tyle, że po hiszpańsku.
Tak samo więc jak i w Quebecu znak Stop jest po francusku, tak tutaj jest po hiszpańsku.

No nic, jedziemy. W drodze bujna zieleń i dużo deszczu

Znane nazwy miejscowości

Wszędzie drogi ogólnie jak w USA

Potem jednak boczne drogi zaczynają się zwężać

Wkraczamy w strefę Tsunami

I jest! Wyczekiwana plaża, palmy i... pogoda?

Posiedzieliśmy chwilkę, ale trzeba było uciekać przed pogodą.
Wynajęliśmy domek w miejscowości Rincon przez Airbnb. W zasadach domu było wypisane, że nie ma agregatu, więc jak wysiądzie prąd, to najczęściej nie ma go przez kilka dni. Jak wysiądzie woda, to tak samo - nie ma przez kilka dni, przyjeżdża cysterna do miasta.
Ulica przed domem:

Widok w drugą stronę

Dom miał taki dach, na którym można siedzieć i podziwiać widoki


Widoki wcale nie były złę, szczególnie, jak było słońce


Widać też z tarasu wodę

Jeśli taras jest za wysoko, można też siedzieć pod drzwiami

I taki widok jest z wyjścia z domu

Następnego dnia odwiedziliśmy rodzinę. Tak wygląda mieszkanie w środku

Jak widać, cementowe podłogi bez wykończenia. Dość powszechna sprawa. Z zewnątrz takie tereny

Jak ktoś lubi zieleń, to jest naprawdę pięknie

Mieszkanie ma takie okna, więc w sumie są permanentnie otwarte - wiele osób nie ma klimatyzacji w domu.

Po wizycie, resztę pobytu spędziliśmy na plaży. Woda 28 stopni. Żyć, nie umierać jeśli ktoś lubi plażing.

Tym razem pogoda dopisywała i doszło trochę opalenizny.


Niektóre domki przy plaży wyglądają jak polskie domki letniskowe

Wszędzie widać i słychać kury i koguty.


Na koniec smaczek znany z Ukrainy: papier toaletowy wrzucamy do śmietnika, nie do toalety.

I to wszystko! Dzięki za wytrwanie!

Pierwszy przystanek to Viejo San Juan, czyli Stary San Juan. Stare Miasto, zbudowane w XVI wieku przez Hiszpanów na małej wyspie odstającej od głównej wyspy Portoryko. Piękne, malownicze kamieniczki i wąskie uliczki. Niestety, jak na amerykańskie warunki przystało, wszędzie dopuszczony ruch uliczny sprawia, że po prostu wszystko jest zakorkowane. Bardzo głupio, ale cóż.


Na pewno nie chciałbym się po tej wyspie poruszać autem.


Wynajęliśmy mieszkanie na Airbnb. Klatka schodowa wyglądała tak:

Całe stare miasto otoczone jest murem, gdyż była to po prostu forteca Hiszpanów. W dwóch narożnikach mieszczą się zamki/fortece. To jeden z nich, w oddali

Sprawia ładne wrażenie gdy jest oświetlony

Aczkolwiek widać na każdym kroku, że miasto jest własnie na takim wzniesieniu.

Wszędzie jest też dużo pięknej zieleni, co było miłą odmianą od szarego, ponurego domu.


Do knajpy na pierwszy obiad wybraliśmy się do dzielnicy slumsowej, która jest na dole, pod murami. Nazywa się La Perla, wygląda tak


Niemniej jednak, knajpa fantastyczna, widok przy jedzeniu taki:

Typowe portorykańskie jedzenie to zmielone zielone banany, kukurydza, ryż, mięso/ryba, a sos do frytek czy innych tego typu rzeczy to mayokechu czyli po prostu zmieszany ketchup z majonezem.

Po obiedzie poszliśmy spacerem w stronę zamku, gdzie znaleźliśmy lokalny cmentarz. Cmentarze w USA wyglądają zupełnie inaczej, nie mają takich grobowców. Tutejszy cmentarz jest bardzo europejski.

Jak się okazuje, na cmentarzu żyją... kury.

Żeby wydostać się w górę, trzeba przejść taką uliczką, która robi ostry zakręt. Gdy ktoś stamtąd wyjeżdżał, trąbił cały czas, żeby poinformować ludzi na górze, że jedzie

Kilka strzałów nocnych ze spaceru po Starym San Juan.


Ci, co Amerykę znają wiedzą, że na terenie USA ciężko o takie klimaty, jak stoliki na zewnątrz, bulwary, wąskie uliczki i kamienice. Poza Quebeciem i Montrealem, świat tu jest zupełnie inny. Dlatego tutaj Amerykanin może poczuć się jakby był żywcem przeniesiony do Europy. Taka Europa bez paszportu, w dodatku na Karaibach.


Następny dzień bardzo padało, poszliśmy na śniadanie do kawiarni, której dziedziniec też wyglądał jakby był żywcem przywleczony z Europy.

Miasteczko senne o poranku, gdyż turyści pewnie jeszcze śpią

Następnie wybraliśmy się na teren zamku, który jest największą fortecą Hiszpanów w Ameryce.
Dziwnie było tu widzieć ten samochód

Tu parę strzałów z samego zamku oraz terenów fortecy.




To wszystko to teren, który wróg musiałby przemierzyć bez żadnej osłony.

W 1941, Amerykanie wykorzystywali fortecę do celów wojskowych. Dobudowali bunkier, w którym wypatrywali wrogich jednostek.

Można powiedzieć, że widok z bunka przypomina ciutkę widok jak z Normandii.

Potem kawka, też w bardzo europejskim stylu, na rynku z kawiarniami na środku...


I bardzo dobra kolacja, z wodą prosto z kokosa na stole

Następnego dnia ruszyliśmy po wynajęte auto i w drogę na zachód. Ciekawostką jest to, że o ile całe USA używa systemu imperialnego, tak tutaj jest to dość mocno pomieszane. Paliwo sprzedaje się w litrach

Odległości na drogowskazach oraz znakach "milemarkers" podaje się w kilometrach

Za to ogr. prędkości już w milach.

Smaczku dodaje to, że wszystkie znaki są po hiszpańsku. Są to te same znaki co w kontynentalnych Stanach, tyle, że po hiszpańsku.
Tak samo więc jak i w Quebecu znak Stop jest po francusku, tak tutaj jest po hiszpańsku.

No nic, jedziemy. W drodze bujna zieleń i dużo deszczu

Znane nazwy miejscowości

Wszędzie drogi ogólnie jak w USA

Potem jednak boczne drogi zaczynają się zwężać

Wkraczamy w strefę Tsunami

I jest! Wyczekiwana plaża, palmy i... pogoda?

Posiedzieliśmy chwilkę, ale trzeba było uciekać przed pogodą.
Ulica przed domem:

Widok w drugą stronę

Dom miał taki dach, na którym można siedzieć i podziwiać widoki


Widoki wcale nie były złę, szczególnie, jak było słońce


Widać też z tarasu wodę

Jeśli taras jest za wysoko, można też siedzieć pod drzwiami

I taki widok jest z wyjścia z domu

Następnego dnia odwiedziliśmy rodzinę. Tak wygląda mieszkanie w środku

Jak widać, cementowe podłogi bez wykończenia. Dość powszechna sprawa. Z zewnątrz takie tereny

Jak ktoś lubi zieleń, to jest naprawdę pięknie

Mieszkanie ma takie okna, więc w sumie są permanentnie otwarte - wiele osób nie ma klimatyzacji w domu.

Po wizycie, resztę pobytu spędziliśmy na plaży. Woda 28 stopni. Żyć, nie umierać jeśli ktoś lubi plażing.

Tym razem pogoda dopisywała i doszło trochę opalenizny.


Niektóre domki przy plaży wyglądają jak polskie domki letniskowe

Wszędzie widać i słychać kury i koguty.


Na koniec smaczek znany z Ukrainy: papier toaletowy wrzucamy do śmietnika, nie do toalety.

I to wszystko! Dzięki za wytrwanie!



