Co było świetne?
- przebitki z przeszłości w klimacie oryginalnego Lśnienia, bo każdą scenę młodego Dana świetnie się oglądało. Sentymentalna podróż, szczególnie jeśli patrzę na lokalizację mojego profilu na piłce
Co było nieświetne?
- przepakowana akcją i dosłownością fabuła. Wyszli z klimatycznego początku i zmienili konwencję horroru w film akcji o ludziach obdarzonych nadnaturalnymi zdolnościami i to bardzo na sterydach. Lśniący Avengers, Lśniący i Wściekli, Liga Lśniących itd.
- odnośnie dosłowności, to pewne nawiązania można było zostawić w spokoju, nie wpychać ich po korek. Naruszyli moje oryginalne wrażenie po krwi wylewającej się z windy - tutaj wyglądała jak eksponat w muzeum. Podobnie jak pani w wannie, nadmiernie eksploatowana. Jako motyw spójności przestała robić wrażenie. Więcej sugestii, mniej łopatologii i film byłby gęstszy.
- nie udało się stworzyć ani jednej, nowej sceny, równie zapadającej w pamięć, co w pierwszym filmie. To powinien być moim zdaniem cel nadrzędny. Jeśli Lśnienie zawierało około 30 istotnych i pamiętnych scen, to tutaj powinna znaleźć się choćby jedna mocna albo wizualnie, albo zachęta do myślenia o fabule po seansie.
- zero tajemniczości, jak to w filmie akcji. Jeśli się nad czymś zastanawiasz, spokojnie, fabuła wyjaśni to po minucie.
Co było fajne?
- kulminacja
- ta akcja jednak wciągała. Wartko się oglądało, chciałoby się więcej (a były to trzy godziny)
- ucieczka od naśladownictwa. Reużywalność elementów nie była główną treścią
Co by urwało dupę?
Gdyby do roli Jacka/Lloyda zatrudnili jednak prawdziwego Jacka, jak swojego czasu odmłodzonego Jeffa Bridgesa w Tronie 2.0.
Ta (dobra) scena byłaby rewelacyjna z klasycznym Nicholsonem:
Także film i dobry i nie do końca satysfakcjonujący. Chyba przydałby się kolejny Kubrick, który zgwałciłby wizję autora



