Amerykanie wymyślają fajne słowa na różne współczesne formy represji czy wykluczenia. Tak jak wymyślili body shaming, to można spróbować nazwać to zjawisko np. whitey self-shaming. Problem w tym, że to nie tylko kwestia rasowa, a do worka diversity jest wrzucone praktycznie wszystko co się rusza postępowo - poza pedofilią oczywiście. A nazywanie wszystkich kwestii, które nie mieszczą się w LGBTQ+BLM, normalnymi nie ma tego negatywnego posmaku.
Czekam z niecierpliwością na unormowanie językowo tego kroku do przodu, jako uprzywilejowany biały z zaścianka.
Całkiem spoko
Widzę pole do dalszej normalizacji - obowiązkowe pole w formularzu z rasą/ prefencjami seksualnymi dla filmowców. Ale czy można działać tylko na podstawie deklaracji?
Dalsze kroki na przód:
- rasowe / płciowe / seksualne (?) związki zawodowe
- certyfikowanie pracowników pod kątem powyżej
I info na plakatach - laureat Oscara, nominowany... i certyfikowany gej



