Aż serce rośnie, jak się na to patrzy. Mamy bramkę, potem drugą, a chłopaki dalej naciskają. 10 minut do końca, prowadzenie trzema bramkami, a tu nadal wysoki pressing, odbiory na połowie rywala i szukanie kolejnych trafień. Do tego Bruno szukający Cavaniego, żeby ten sobie strzelił debiutancką bramkę (bo mógł sobie szukać strzału, a podawał do Urugwajczyka - świetne wykończenie, swoją drogą, szkoda, że był spalony), zostawienie karnego Martialowi, żeby się przełamał - to są niby detale, ale naprawdę budują, bo widać chemię na boisku.
No i znów bardzo dobrze gramy z tyłu - Lipsk miał chyba tylko jedną okazję po strzale głową (i to nie jakąś wybitną) - mimo że ogólnie przez większość meczu ten był wyrównany, nie sposób nie odnieść wrażenia, że przez cały czas w pełni kontrolowaliśmy jego przebieg.
Dobry mecz zmienników, Martial jeszcze nie jest w swojej formie, ale za to Rashford z życiówką. No i cichy bohater - Fred. Gość na boisku jest wszędzie - przy pierwszym golu zalicza kluczowy odbiór - biega, walczy, wspomaga kolegów - nieoceniony zawodnik.
Największy plus to wygrana mimo braku w pierwszym składzie Bruno, McTominiego (jak to mówił komentator) i Rashforda - potrzebowali odpoczynku, więc go dostali, a zespół i tak wyglądał bardzo pewnie. Brawo!
Po dwóch kolejkach sytuacja w grupie wygląda bardzo obiecująco, nie spierniczmy tego.



