Ojezu...
Nie ma znaczenia, czy decyzja dotyczyła 1000 przypadków czy 100000 przypadków aborcji rocznie, dotyczyła potencjalnie każdej kobiety i jej ciała. I kobiety wyszły w tej sprawie demonstrować (a w zasadzie można powiedzieć, że przelało to czarę goryczy po festiwalu pogardy, który ta władza urządziła każdemu, kto nie wpisuje się w ich schemat "prawdziwego Polaka").
Możliwość protestowania to akurat podstawa demokracji, a taka pisowska postawa na zasadzie, że ludzie wybrali i teraz wolno im robić, co chcą, bo mają mandat, to praktyki rodem raczej z putinowskiej Rosji, a nie demokratycznego państwa prawa.



