Zdecydowałem się wstać w nocy na ten mecz (wcześniej tego turnieju nie oglądałem) i żałuję. Niby Brazylia - Argentyna, czy jak kto woli Messi - Neymar, a kopanina jakbym oglądał Getafe. Messi zgarnął swój puchar, choć wyglądał blado, a Di Maria ładnie wykończył jedną z bardzo niewielu sytuacji strzeleckich w całym spotkaniu. To chyba jedyne, co jest warte zapamiętania. Działo się tyle, że nawet ci komentatorzy na TVP Sport ciągle mówili o wszystkim tylko nie o przebiegu spotkania. Liczyłem, że może Brazylia wyrówna i obejrzę chociaż karne, ale w sumie nawet nie mieli dobrej okazji.
Jeszcze jedno. Nie mam pojęcia jakim cudem Argentyna skończyła ten mecz w jedenastu. Brazylia również bardzo dużo faulowała, ale to co robiono z Neymarem było aż bezczelne, a sędzia zupełnie przymykał oko. Na grę na czas w sumie też. Najlepsze było to jak w doliczonym czasie gry pokazywał na zegarek, bo gracze Argentyny praktycznie ukradli pierwszą minutę bez gry, a potem skończył mecz przed upływem czasu, który doliczył.
Messi wygrał trofeum z reprezentacją, jednak zupełnie nie w swoim stylu. To był bardziej styl Otamendiego.



