Women's Super League, 13. kolejka
Manchester City - Arsenal 1:1 (Shaw 65' - Heath 90+2')
Wczoraj poświęciłem meczu Kamerun - Komory, by obejrzeć z odtworzenia mecz na szczycie w lidze angielskiej kobiet. Oglądałem pierwsze spotkanie tych drużyn w tym sezonie, kiedy to jesienią Obywatelki dostały srogie manto (0:5), ale teraz oba zespoły przystępowały do meczu w zupełniej innej sytuacji - City w dobrej formie i z powracającą do składu znakomitą Lucy Bronze, a Arsenal w kryzysie i z topniejącą przewagą. Mimo to w 1. połowie Obywatelki niewiele potrafiły zdziałać, a w 9 min. w niegroźnej sytuacji zupełnie pogubiły się w obronie i Beth Mead miała szansę na zdobycie gola. W 22 min. po szybkiej kontrze City Jessica Park efektownym dryblingiem wyszła na pozycję sam na sam z Manuelą Zinsberger, ale uderzyła bardzo niecelnie. Arsenal też niewiele pokazywał w ataku, Miedema praktycznie nie dostawała piłek i była niewidoczna. Po przerwie mecz był zdecydowanie ciekawszy, a gospodynie groźniejsze. Kolejnej sytuacji nie wykorzystała Park, tym razem Zinsberger świetne obroniła. W końcu przewagę City udokumentowała Khadifa Shaw, po świetnej akcji Hemp lewym skrzydłem Jamajka trafiła do siatki po nodze Zinsberger. Kanonierki nie potrafiły odpowiedzieć i przez długi czas po utracie gola nie stworzyły w zasadzie żadnego zagrożenia pod bramką debiutującej Khiary Keating. Mimo to udało im się przeprowadzić akcję na wagę remisu - dopiero co sprowadzona do Arsenalu Stina Blackstenius dobrze zastawiła się w polu karnym i odegrała do powracającej po kontuzji Tobin Heath, która uderzeniem przy dalszym słupku wyrównała. Obywatelki trochę rozczarowały - będąc w dobrej formie, z powracającą Bronze i na własnym stadionie przeciw dołującemu ostatnio Arsenalowi powinny pokazać więcej, tymczasem praktycznie przespały 1. połowę. Jako zwolennika reprezentacji Szwecji cieszy mnie oczywiście udział Blackstenius przy golu - oby dobrze wprowadziła się do drużyny.



