A ja w sumie nie pamiętam, jak to było u nas. W mojej klasie wszyscy zawsze na luzie do tego podchodzili i kojarzę ze 2-3 takie wyraźnie piątkowe osoby, które przejmowały się absolutnie wszystkim i zawsze. Z jedną spotkałam się po latach, rozmawiałyśmy o studiach (ten sam kierunek) i usłyszałam wielokrotnie podkreślone: "No ale wiesz, jak kończyłam UNIWERSYTET, to coś zupełnie innego". [ch**], że uniwersytet, wszyscy skończyli tak samo - poza zawodem.
Za to wśród moich ziomalek z czasów dzieciństwa miałam taką, której ojciec musiał za każdym razem wyprosić u nauczycieli lepsze oceny. Przeżywała te świadectwa z paskiem, jakby nie wiadomo co osiągnęła, a i tak skończyła raczej gorzej niż lepiej. Oceny w szkole nigdy dla mnie nic nie znaczyły, a po latach widzę to jeszcze wyraźniej.
I nawet wczoraj mówiłam rodzicom, że ich pokolenie zrobiło nam wielką krzywdę, naciskając na zapisywanie się do liceów i twierdząc, że do zawodówek idą najgorsze jełopy, a do techników trochę mniejsze jełopy. Po liceum kończysz z niczym, a ludzi z fachem w ręku bardzo trudno teraz znaleźć.


