Na wsi to nie takie proste. Kościół działa trochę jak mafia, ale celuję przede wszystkim w psychikę.
Wielu ludzi tam jest bogobojnych, zabobonnych i lubią wykluczać tych co tacy nie są. Ktoś może się sprzeciwiać, ale pod naciskami rodziny i tak się zgodzi, bo Pani Halinka obgaduje ciocię Krystynę na kółku różańcowym, że jej bratanek zalega z opłatą za jakiś sakrament albo po prostu nie dał na tacę. Jeżeli ksiądz jest w miarę umiarkowany w działaniach (ok. 2mln to sporo, ale pewnie trochę to trwało) a ludzie w okolicy przede wszystkim pizdowaci, to sytuacja może trwać latami.
Edit: w miastach tego nie czujemy, bo często nie zna się nawet wszystkich mieszkańców pojedynczej klatki schodowej, ale na wsi każdy zna każdego.



