A to ja akurat z US i ZUS mam same dobre doświadczenia – uprzejme, pomocne babki. Najlepiej było, jak kiedyś zadzwoniła do mnie pani ze skarbówki i mówi: "Kto pani to rozliczenie przygotowywał?". Jak odpowiedziałam, że księgowa, to ta zaczęła dosłownie chichotać do słuchawki: "Bo my się tu z dziewczynami z pokoju obok śmiejemy, co za specjalista nie rozróżnia pit od vat". No więc moja była księgowa, wyjątkowo durna, kłamliwa baba, nie umiała zrobić mi rocznego rozliczenia - nie dość, że oddała je po czasie, to jeszcze źle.
Właśnie
Ja mam za sobą dwa pobyty w szpitalu - nie licząc tych, gdy towarzyszyłam Zośce albo bratankowi - pierwszy przed i po porodzie, drugi - przy okazji operacji więzadła. Ten pierwszy - przełom listopada i grudnia, zimno w [ch**], a w łazienkach pootwierane okna, bo ciężarne chciały "dyskretnie" fajki palić. Brudno, jedzenie obrzydliwe (w tym mielonka wyglądająca jak trutka na szczury + sucha kromka chleba) i turbochamski ordynator. Przy grupie stażystów siłą potraktował mnie metalowym wziernikiem aż jakiś chłopak się zlitował i poszukał bardziej dopasowanego sprzętu, ale ile człowiek tam upokorzeń przeżyje to masakra. Dla odmiany przy operacji więzadła zupełnie inna bajka - na życzenie jedzenie wege, mega porcje, miłe babeczki - ale jak bulisz 11k, to trochę inaczej ta opieka wygląda.


