No i stanie na półce kolejny puchar. Brzydki zresztą jak wazon u nowobogackich, ale nie w tym rzecz. Mocno przehajpowany ten sukces, zauważam po namyśle. Trzymałem mocno za nich kciuki, nie chciałem znów przeżyć tego samego co w 1976, kiedy w finale Pucharu Zdobywców Pucharów przegrali z Anderlechtem (a tatuś Franka Lamparda sprokurował wyrównującego gola dla Belgów przy 1:0). Ale wtedy mimo porażki byłem dumny z ich postawy, mecz był świetny. Teraz, cóż…
Gdy słyszę wypowiedzi menedżera i zawodników, że to dla nich sukces życia, to się jednak zastanawiam. Na przykład, czy nie więcej warte jest 6. miejsce w lidze Brighton? Napocić się musieli bardziej. I wygrać z przeciwnikami dużo trudniejszymi. A jeśli Carabao Cup nazywają prześmiewczo Pucharem Myszki Miki, to jak nazwać ten za wygranie Ligi Konferencji? Łatwiejszy przecież.
Styl Młotów oka nie cieszy. David Moyes sprawia wrażenie człowieka, któremu peron odjechał. I czy to tylko kwestia wieku? Bo przecież 75-letni Roy Hodgson okazał się człowiekiem jasnego umysłu. I obawiam się, że wczorajsze zwycięstwo, dość przecież szczęśliwe, utwierdzi Szkota w przekonaniu, że jego taktyka jest słuszna. A przecież to nie jest ekipa złożona wyłącznie z przecinaków, takich jak Zouma, Soucek czy Coufal. Jest Paqueta, Fornals, Lanzini, Benrahma – byłoby z czego budować ciekawsze akcje niż tylko kontry Bowena, szarże Antonio i stałe fragmenty.
Na przyszły sezon dobrze to nie wróży, mimo iż na papierze skład wygląda całkiem przyzwoicie. Odejdzie Declan Rice (i całe szczęście dla niego), będzie sporo kasy. Jeśli kupią za nią następnych walczaków, czeka ich kolejna droga przez mękę, bo przecież w przyszłym sezonie muszą pogodzić EPL i LE. A nie trzeba daleko szukać. Są u sąsiadów ciekawi, niekonwencjonalni piłkarze, jak Eberechi Eze, Michael Olise czy Bryan Mbeumo. Ale czy chcieliby grać u Moyesa?



