Kolarstwo to sport, w którym przewidywanie jest obarczone dużo większym ryzykiem niż w przypadku sportów zespołowych, jak futbol czy siatkówka. Czynnik losowy gra w nim większą rolę.
Vingegaard ma do tej pory szczęście, że udaje mu się uniknąć problemów z kraksami, kontuzjami jakie np. miewał często jego teammate Roglic.
Przeglądając kolarski Twitter widzę, że od tej czasówki aż huczy od wątków dopingowych. Wyciąga się porównania do ery EPO, przywołuje najbardziej tragikomiczny Tour, czyli ten z 1998 itd.
Czasówka jest właśnie takim papierkiem lakmusowym. Jeśli coś jest podejrzane, to najwyraźniej wychodzi w TT. Tak było zawsze. Jeśli np. szczupły góral Contador wygrywa długą, płaską czasówkę z mistrzem świata w ITT Cancellarą, to juz wiesz, że coś jest nie teges. We wtorek różnice czasowe były jak na czasówkach z lat 80 i 90. Tylko one miały po 50, 60 km. Nie chce już wchodzić w wykręcane przez kolarzy moce. 450 watów to kosmos, daleko więcej niż wykręcali licencjonowani dopingowicze, tacy jak Riis, Ullrich, Armstrong.
Z drugiej strony, spotkałem pogląd, że kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Czasówka Pogacara na Tacy Pięknych Dziewcząt w 2020 to też był królik wyciągnięty z kapelusza. Trudno się nie zgodzić.



