Kiedy Santos zdecydował, że podczas spotkania z Wyspami Owczymi na początku września Dawidowicz nie znajdzie się nawet w kadrze meczowej, tylko siądzie na trybunach, ten chciał po prostu wyjechać ze zgrupowania.
– Mówię "jadę do domu", przynajmniej się do meczu w klubie przygotuje. Jeżeli tu mnie nie chcą, to bez sensu tracę czas. Jeśli jesteś na ławce rezerwowych, to jesteś zawsze gotowy, że wejdziesz. Jesteś w zespole i jesteś jego częścią. Wiedziałem, że na treningach się przykładałem, nie olewałem niczego, więc nie zrozumiałem tej decyzji – powiedział Dawidowicz w rozmowie z "Kanałem Sportowym".
28-latek wyznał, że przed wyjazdem powstrzymał go... Robert Lewandowski, który zaoferował mu wspólną grę w ping-ponga. Wtedy Dawidowicz otworzył się przed kapitanem.
– W trakcie przerwy na obiad wchodzę do pokoju i widzę, że jest tam "Lewy". Mówi do mnie "dawaj gramy w ping-ponga". Ja mówię, że nie chce mi się, bo w głowie miałem te myśli o siedzeniu na trybunach. On mówi "dawaj, gramy". No i zaczęliśmy grać. Wtedy powiedziałem mu, jaka jest sytuacja, że nie chce robić jakiegoś syfu, tylko po cichu pojadę, podziękuje wam. On mówi "Pawka nie, nie rób tak, zostały cztery dni, nie warto" – opowiada defensor.
– Biłem się z myślami, ale przyznałem mu rację. Postanowiłem zachować klasę. Poszedłem też porozmawiać z trenerem, bo Lewy poradził, żebym z nim porozmawiał, że może ma na mnie tajny plan na następny mecz. Poszedłem porozmawiać, ale nic nie wyszło z tej rozmowy – zakończył Dawidowicz.
Co myślicie?



