Marchewka średnio raz w tygodniu w formie zupy krem (z łyżką gęstej śmietany, czipsem z boczku albo ziarnami typu słonecznik), surówki z jabłkiem lub zasmażana. Uwielbiam.
Natomiast zjadanie surowych marchewek kojarzy mi się z Woodstockiem, gdzie na stoiskach allegro zawsze rozdawali je za darmo, a w myśl zasady "za darmo to dobra cena" to się ich opierdzielało po kilkanaście dziennie (swoją drogą mega orzeźwiające w upalne dni, super sprawa). Zawsze w pociągu na Woodstock człowiek wiedział że kolejne kilka dni zleci pod banderą alkoholu, narkotyków i surowych marchewek.
Natomiast do soków z marchwi mam permanentny wstręt. Jak byłem dzieckiem i tata zachorował na raka to mama wdrożyła zdrowe menu, więc codziennie soki z marchwi z sokowirówki oraz na obiad warzywna na parze. Mimo że minęło już prawie 18 lat, to jak widzę wycisnany sok z marchwi albo warzywa na parze to mi centralnie blokuje przełyk.



