To jest w ogóle temat, który od dawna mnie nurtuje z bardziej osobistych powodów.
Kiedyś dyskutowaliśmy z fieldym i Magnumem, jak szukać zaginionych przodków i nawet Wiesław miał dla mnie kilka rad, ale ja totalnie nie umiem w takie rzeczy i od lat mogę sobie tylko wyobrażać lub zgadywać z jakimś prawdopodobieństwem, co się stało z moimi przodkami.
Babcia pochodziła z woj. lwowskiego, to są tereny dzisiejszego pogranicza polsko-ukraińskiego. Wiem tyle, że ich rodzina, liczna, bo oprócz babci jej rodzice mieli jeszcze bodaj z siedmioro czy ośmioro dzieci, była w swojej wiosce jedną z bogatszych (a może i najbogatszą). Babcia, gdy miała 16 lat, w 1943, została wywieziona do Niemiec na roboty przymusowe i to był ostatni raz, gdy miała jakikolwiek kontakt z rodziną. Po wojnie osiadła w Łodzi, szukała swoich bliskich, ale w domu mam dokumenty, że nikogo nie odnaleziono. Z nielicznych opowieści wiem, że tam Niemcy dokonywali mordów lub wywózek na żydowskich mieszkańcach, a Polaków w ramach łapanek wywożono na zachód. Ale co się działo potem, to już jest niewiadoma.
Wiem, że w wiosce mojej babci do czystek upowców, w bazie ofiar nie ma niestety żadnych nazwisk z tej wioski, tylko informacjach o grabieżach gospodarstw oraz morderstwie na 15 mieszkańcach. Jak wspominałem, przodkowie byli dobrze sytuowani, więc zakładam, że grabierz ich mienia jest wielce prawdopodobna, a czy przeżyli lub zginęli w inny sposób niż w tych bestialskich ukraińskich mordach - tego nie wiem. Może czasem mijam na tych ziemiach odzyskanych kogoś z dalekiej rodziny i nawet nie wiem o tym - to jest dla mnie wielka zagadka.
Niestety babcia nie żyje od 23 lat, mama od 15, w zasadzie poza wujkiem, którego niestety widuję bardzo rzadko, nie mam nikogo, kto by cokolwiek wiedział, ale babcia też nie opowiadała namiętnie o swoim dzieciństwie, bo jednak była to dla niej pewna trauma, więc i ta wiedza przekazywana "przez pokolenia" praktycznie u nas nie istnieje. Istnieje tylko dziura w tych rodzinnych korzeniach i naprawdę często się zastanawiam, jak się zabrać za poszukiwania i czy cokolwiek dałoby się ustalić. I to nawet nie kwestia lenistwa, że nic nie zrobiłem, po prostu jestem w kropce, jeśli chodzi o to, gdzie i jak zacząć.
W każdym razie sama zbrodnia wołyńska, mimo że nie mam pojęcia, czy moich przodków dotyczy bezpośrednio, jest dla mnie takim tematem, który traktuje poniekąd osobiście, tak że cieszę się, że po tylu latach pamiętamy i mam nadzieje, że nigdy nie pozwolimy sobie o tym zapomnieć.
Niezależnie, co się dzieje na świecie i ile sobie okazujemy wsparcia, budowanie jakichkolwiek relacji z sąsiadem musi uwzględniać naszą wspólną historię i nie można przymykać oka na jakiekolwiek przejawy banderyzmu u sąsiada.



