To był absolutny pogrom! Barcelona w końcu pokazała, dlaczego jest Dumą Katalonii. 7:1 z Valencią?! To nie był mecz, to był spektakl – festiwal goli, który wgniótł Nietoperze w murawę. A Szczęsny? No dobra, może i miał swoje wpadki ostatnio, ale jak go Flick wystawił, to znów przyniósł szczęście, jakby miał ukryty magnes na wygrane!
Pierwsza połowa? To było tornado. Valencię zmiótł huragan zwany Barceloną. Już w trzeciej minucie Frenkie odpalił pierwszą rakietę, a potem poszło jak lawina. Ferran, Raphinha, Fermin – chłopaki rozstrzelali Mamardaszwilego, który chyba po tym meczu potrzebuje urlopu, bo aż żal na niego było patrzeć. I ten młodziutki Pau Cubarsi? Perfekcyjne podanie przy bramce Fermina – coś pięknego. Każdy ich ruch wyglądał jak z podręcznika o pięknie futbolu.
Druga połowa była już na luzie, ale wciąż z kontrolą. Valencia co prawda coś tam uszczknęła, ale… kogo to obchodzi, skoro zaraz wjechał “Lewy” i elegancko wbił swojego gola? Ten gość to klasa sama w sobie. Fermin też swoje zrobił – dwie bramki i asysta. Powiem szczerze, że ten chłopak ma potencjał na gwiazdę pierwszego formatu.
A na deser? Tarrega walnął swojaka, a Gasiorowski w idealnej sytuacji nie trafił do pustej bramki. Przykro mi to mówić, ale defensywa Valencii wyglądała jak drużyna z ligi amatorskiej. Mam nadzieję, że wysłali Flickowi podziękowania, bo ten mecz mógł się skończyć dwucyfrówką!
Wczorajszy wieczó pokazał za co kochamy Barcelonę. Kapitalny pressing, piękne akcje, młodzież szalejąca na boisku i oczywiście dopełnienie w postaci gola Lewego. Jeśli tak będą grali dalej, to już widzę, jak Atalanta w środę wyjeżdża z Camp Nou z podobnym wynikiem.
Visca el Barça!



