FC Barcelona 1-0 Deportivo Alaves - La Liga - 02.02.2025
To było jedno z tych spotkań, po których człowiek się zastanawia, po co właściwie to oglądał. Barcelona znowu postanowiła, że zamiast zdominować rywala i szybko zamknąć mecz, lepiej będzie męczyć się z Deportivo Alaves jak z jakimś potworem z horroru klasy B. Pierwsza połowa? Koszmar. Gdyby ktoś mi powiedział, że oglądam mecz z 3. ligi hiszpańskiej, to pewnie bym uwierzył. Zero dynamiki, zero pomysłu, zero konkretów – tylko Pedri wyglądał, jakby nie zapomniał, że to on gra w lepszej drużynie.
Reszta? Jakby grali z kamieniami w butach. Lewandowski nie istniał, chyba że akurat psuł akcje, a Raphinha zmarnował sytuację, której nawet junior by nie spartolił. Yamal raz odpalił coś w stylu Messiego, ale co z tego, skoro i tak nikt nie potrafił tego wykończyć? Gdyby nie fakt, że Real dzień wcześniej skompromitował się z beniaminkiem, to by mnie to jeszcze bardziej irytowało, ale mimo wszystko – nie da się tak grać, mając na szali dogonienie rywala w tabeli.
Oczywiście, Alaves grało swoje. To był klasyczny autobus + tryb agresywnej ochrony terytorium. Biegali za nami, kopali po nogach, doskakiwali jak muchy do miodu. Skutecznie nas zamknęli na klucz. Dobrze, że się w końcu ten klucz złamał i Lewy wepchnął tę piłkę do siatki, bo w przeciwnym razie skończyłoby się wielką frustracją.
Ostatecznie – trzy punkty są, ale jeśli Barca zamierza tak grać dalej, to kibice powinni dostać jakąś rekompensatę za cierpienie. Coś w stylu kuponu na darmową kawę, żeby nie zasnąć przy oglądaniu.



