napisałem, że chodziła do Kościoła co tydzień, była wierząca, współpracowała z parafią. Nie była natomiast osobą, która przez te parę miesięcy chociaż raz zachęcała mnie do pójscia do Kościoła. Swoich dzieci też nie zmuszała do chodzenia - jeśli chciały zawsze mogły z nią iść, natomiast jeśli nie to nie musiały. Jak dla mnie zdrowe podejście tzn. dajesz przykład, ale nikogo nie zmuszasz do niczego.Magnum pisze: ↑22 gru 2025, 14:44Osoba bardzo wierząca ostatecznie będzie mieć problem z tym, że jesteś niewierzący i w większości wypadków będzie Cię próbowała nawrócić. Tak nakazuje Pismo. Misją Chrześcijanina jest głosić Słowo i nawracać niewiernych, w dużym skrócie. Długoterminowo to albo wychodzi kompromis że uczestniczysz w rzeczach które masz w dupie, albo robią się z tego konflikty.
Tak, ale dla mnie np. to czy ktoś wierzy czy nie jest kompletnie obojętne. Dużo większym problemem jest np. jeśli najlepsza przyjaciółka jest skrajną, ale taką naprawdę skrajną anarchistko-lewaczką - dużo ciężej było mi to znieść, więc mogę np. stwierdzić, że znajomi drugiej połówki są ważniejsi od wiary. Zainteresowania, hobby, pasje, zawód, wartości i pewnie jeszcez mógłbym tak wiele wymianiać. Wszystko to jest ważniejsze od tego czy ktoś chodzi do Kościoła czy nie, oczywiście w granicach rozsądku bo mówimy o zwykłej wierze, a nie o byciu fanatykiem religijnym. Samo w sobie chodzenie do koscioła może i wpływa na wiele rzeczy, ale pisałem już kilka lat temu, że nie mam żadnego problemu z tym, że pójdą 2 razy w roku do kościoła dla mojej babci w msze w intencji pamięci dziadka. Nie czuje potrzeby uczestniczenia w mszy, ale czuję potrzebę aby moja babcia miała radość, że byłem tam obecny. Tak samo w kwestii ślubu kościelnego - ogólnie staram się być zawsze jeśli jestem zaproszony. Sam, mimo że nie wierze, pewnie też bym wziął, bo na prawdę - jest mi to obojętne.Kluchman pisze: ↑22 gru 2025, 14:54Po pierwsze często są to "niewiadomo jak ważne rzeczy", bo wpływają na wiele innych rzezy.
Po drugie, chętnie poznam te "100 innych ważniejszych rzeczy". Wiadomo, że trzeba się jeszcze kochać i pasować charakterami, odhaczenie iluś tam punktów nie wystarczy, ale trudno je ignorować, jeśli celem jest być może spędzenie ze sobą całego życia.
Po trzecie nie chciałbym być złośliwy i nie wiem nic więcej, niż napisałeś, ale wszystkie te dziewczyny, którymi próbujesz podważyć moje opinie, nie są już Twoimi dziewczynami, a tym bardziej nigdy nie zostały Twoimi żonami, więc mnie nie przekonują.
Po trzecie - nie spotykam się od kilku miesięcy z nikim, ale nigdy chyba tutaj nie pisałem powodów rozstań moich związków. Nigdy jednak nie była to wiara, a zdecydowanie ważniejsze kwestie. Ostatni związek (ten o którym pisałem) rozpadł się ponieważ doszliśmy do wniosku, że jednak dzieli nas za dużo w kwestii podejścia do życia oraz doświadczenia życiowego - to ja chyba ja nie byłem gotowy na związek z kobietą z dwójką dzieci. Poprzedni (ten najdłuższy) rozpadł się, ponieważ dziewczyna z którą byłem (i którą szczerze kochałem, nie mam z tym problemu żeby to przyznać) miała bardzo mocną depresje, do tego chwilowe zaburzenia osobowości, stany lękowe i myśli samobójcze. Miała ten problem od kilkunastu lat, przez pewien okres czasu była na lekach ponieważ znana była bezpośrednia przyczyna ataków (z tego co pamiętam to organizm nie wytwarzał dopaminy? ale przyznam, że nie dam sobie głowy uciąć). I ciężko jest budzić się codziennie z myślą, że osoba, z którą żyjesz może dzisiaj mieć atak paniki albo myśli samobójcze, terapia praktycznie nic nie daje, wszystkie leki po pewnym czasie przestają działać, a na oddział nie pójdzie. Jak dodasz do tego matkę lekarza (która w razie potrzeby wypisze każdy lek) to masz gotowy przepis na katastrofę. Obie te kobiety są świetnymi ludzmi i życzę im powodzenia bo gdyby którakolwiek zadzwoniła teraz, że czegoś potrzebuje to w miarę możliwości z wielką chęcią bym pomógł.
Pozostałe związki (oprócz pierwszego, który dla obu stron był pierwszy i po prostu się sobą znudziliśmy) były raczej krótkie i po kilku miesiącach obie strony stwierdzały, że "to nie to".
e: chyba tka to się jeszcze nigdy tutaj nie otworzyłem



