Eurowizja to generalnie straszny szit, "festiwal piosenki kiczowatej" to się powinno nazywać (poza Abbą i Maneskinem nie wypuściła z siebie chyba nic jakiegoś), dodatkowo głosowanie zazwyczaj ma mało wspólnego z jakością muzyczną utworu, ale wczoraj żenadometr wywaliło jeszcze bardziej. Bo Polka ze swoim kawałkiem naprawdę fajnie się prezentowała na tle tego chłamu (ciekawy soulowy niski głos, inny od piszcząco-wyjącej reszty), a punktów wpadło mało.
A my w tym polityczno-muzycznym konkursie dajemy 12 nijakiej piosence Izraela, który robi sobie ludobójstwo w wolnych chwilach. Co ciekawe, Ukraina też nie ma w tej kwestii żadnej politycznej empatii.
Żenujące i socjologicznie ciekawe.



