Zacznijmy od jedynego sukcesu tej produkcji – operatorzy i scenografowie naprawdę dali z siebie wszystko, a Szczecin wygląda tu jak skrzyżowanie Oslo z Göteborgiem w najgorszy, najbardziej depresyjny listopadowy wtorek. Mgła jest, brudne kontenery w porcie są, a mroczna muzyka brzmi tak, jakby zaraz nad Wałami Chrobrego miał nadlecieć smok. Wizualnie to majstersztyk, ale umówmy się – ładne obrazki i filterek „smutek” na maksa to trochę za mało, żeby utrzymać człowieka przed ekranem przez siedem odcinków, zwłaszcza gdy twórcy zapomnieli w tym wszystkim o opowiedzeniu jakiejś ciekawej historii.
Obsada miała być petardą, a wyszedł zestaw obowiązkowy każdego polskiego kryminału z ostatnich dziesięciu lat. Andrzej Grabowski gra potężnego seniora rodu Leyerów i robi to dobrze, ale umówmy się – gra tę samą postać co zawsze, tylko w droższym garniturze. Główny bohater, grany przez Kamila Szeptyckiego, to z kolei prawnik, który z dnia na dzień musi zostać szefem mafii, bo zginął mu brat. Chłopak bardzo się stara wyglądać na groźnego, ale kiedy próbuje rzucać mięsem i rządzić portowymi karkami, mam ochotę wysłać go na melisę. No i oczywiście dostajemy wisienkę na torcie w postaci Janusza Chabiora, bo przecież żaden polski serial kryminalny nie dostanie w tym kraju dofinansowania, jeśli Chabior nie pojawi się na ekranie i nie powie czegoś chropowatym głosem.
A teraz największy hit, czyli fabuła, gdzie scenarzysta najwyraźniej zamknął się w pokoju, obejrzał ciurkiem Breaking Bad, Ozark oraz Ślepnąc od świateł, a potem stwierdził, że zrobi dokładnie to samo, tylko wrzuci akcję do Szczecina i doklei rapera Vienia na trzeci plan. Transformacja głównego bohatera z ułożonego mecensa w bezwzględnego barona narkotykowego trwa mniej więcej tyle, ile wypicie małego espresso. Psychologia postaci nie istnieje, logika w działaniach mafii to pojęcie abstrakcyjne, a całość jest tak boleśnie przewidywalna, że zwroty akcji można założyć na trzy odcinki do przodu, zanim aktorzy w ogóle nauczą się swoich kwestii. Podsumowując, „Morfeusz” to idealny serial dla ludzi cierpiących na bezsenność – jest mrocznie, cicho, powoli, a rykoszetem dostajemy wycieczkę krajoznawczą po Szczecinie. Wizualnie to mocne dziewięć na dziesięć, ale fabularnie daję naciągane trzy za potworną wtórność. SkyShowtime bardzo chciało mieć swoją „Watahę” albo „Odwilż”, a wyszedł im ładnie opakowany, szary zakalec



