Ja tak kiedyś Marcina i Zośkę zrobiłam.
Pytam się go: „na niedzielę 27-go?”, on na to: „tak, na 27".
Tyle że niedziela to był 26, a ja kliknęłam po dacie, a nie nazwie dnia.
No więc wsiedli do pociągu w Gdańsku i po odjeździe okazało się, że miejsca są zajęte. I ta lebiega zamiast kupić bilet u konduktorki – wysiadła z dzieckiem w Tczewie. Ostatecznie po wielu kombinacjach dotyczących dostępnego pociągu, wieczorem wylądowali w Warszawie i kilka godzin czekali na pociąg do Częstochowy. Zajechali o 2 w nocy, a o 4 Marcin wstawał do pracy.
Do dzisiaj mi to wypominają xd Od tamtej pory mówię mu, że ma sobie kupować sam. Gdybym to była ja, to przy swojej nerwicy sprawdziłabym bilet milion razy i zorientowała się jak jest dużo wcześniej.


