Na kilka miesięcy przed wyborami w powietrzu zaczyna unosić się zapach obietnic łamiących zasady fizyki i ekonomii. Wyborca, napędzany hasłami w stylu "nie dla żelonego ładu" albo" nie wpuścimy imigntów", czuje, że bierze udział w historycznym widowisku. Z powagą bohatera narodowego maszeruje ku urnie, przekonany, że jego krzyżyk na karcie osobiście naprawi stan konta i zmieni pogodę na życzenie.
Po wyborach magiczny pył opada, a włączony telewizor serwuje nagle zupełnie nowy zestaw pojęć. Politycy – niczym superbohaterowie wracający do cywilnych ubrań – odkrywają nagle pojęcia takie jak:
"Brak środków w budżecie" (o którym przed wczoraj nikt nie wiedział),
"Skomplikowana sytuacja geostrategiczna",
"Skrót myślowy w programie".
Najpiękniejsza w tym wszystkim jest niezłomna wiara. Po czterech latach narzekania przy kawie, że "znowu zrobili dokładnie to samo co poprzednicy", na horyzoncie pojawia się nowy billboard z porywającym sloganem. I ten sam wyborca z błyskiem w oku mówi:
„Ale tym razem to na pewno mówią prawdę!”
Naturalnie odnosi się to wszystkich wyborów z lewej na prawo, no i na forum piłkarskim.



