Napiszę coś, czego pewnie kibice innych klubów nie zrozumieją.
Artur Jędrzejczyk zakończył dziś karierę piłkarską. Sam powiedział, że jeśli kiedyś nadejdzie dzień, że dogoni w liczbie meczów Lucjana Brychczego, to co najwyżej wyrówna jego wynik i zakończy karierę. W kuluarach mówiło się, że złożył też deklarację, że jeśli wcześniej Legia przestanie go potrzebować, to skończy przygodę z piłką, bo nie wyobraża sobie gry w innym klubie po Legii. W dzisiejszych czasach takie deklaracje są rzadkością, a jeśli już się pojawiają, to większość kibiców patrzy na nie z przymrużeniem oka. Niemniej trzeba docenić to, co "Jędza" dał Legii. A dał przede wszystkim mnóstwo charyzmy, którą mógłby obdzielić niejedną jedenastkę. Stronił od mediów, nawet dla tych klubowych wypowiadał się bardzo rzadko. Nie był demonem piłki. Ot, solidny ligowiec. Wielkiej kariery nie zrobił, ale był ważnym elementem klubu, również Reprezentacji. Z tego co dała mu matka natura w postaci talentu i umiejętności, wyciągnął maksa. Zabrakło tylko występów w Lidze Mistrzów w barwach stołecznego klubu. Nie narzekał na swoją rolę w zespole, zawsze zostawiał na boisku serce. Czasem oczywiście przesadzał w boiskowych reakcjach, większość jego interwencji była na pograniczu faulu, albo wręcz brutalna, dla zawodników rywali był prawdziwym utrapieniem, dlatego też większość kibiców drużyn przeciwnych go nie lubiła. Rozumiem to i nie mam pretensji. Jestem przekonany, że w obecnej kadrze Legii zawodnika z takiej gliny nie ma i prędko nie będzie.
Dzięki, Artur. Za wszystko.



