Długo nie mogłem znaleźć zagranicznego klubu, z którym mógłbym się identyfikować. Przetoczyły się takie zespoły jak Ajax, Milan, Barcelona. Potem był Juventus. I gdy już myślałem, że Baggio, Viali, Ravanelli i spółka przekonali mnie do siebie zobaczyłem ich... Paul Ince, Youri Djorkaeff, Giuseppe Bergomi, Gianluca Pagliuca, Ivan Zamorano... stali jak gladiatorzy przed walką... Moją miłość do Interu przypieczętował transfer Ronaldo. Nieudany jak się okazało, ale to nie miało znaczenia. Ronaldo odszedł, Inter pozostał.
Innym klubem, któremu zawsze będę kibicował (mniej lub bardziej, ale zawsze odrobinę) jest Real. Real Redondo, Sukera, Mijatovic'a i Herro. Tamten Real nie grał może tak jak kilka lat później Galacticos - zupełnie inny Real - ale podobał mi się wyważony styl między defensywą a ofensywą.
Anglia nigdy mnie to siebie nie przekonała... zrobił to mag i geniusz - Jose Mourinho. Wszyscy mówią, że łatwo jest być kibicem Chelsea bo trudno z nimi wygrać. Jest w tym odrobina prawdy, ale ja na szczęście nie jestem fanem klubu, tylko fanem geniuszu trenera, a co za tym idzie obserwuję to co się w The Blues dzieje.
Polska liga i polskie kluby po 1997 roku nie istnieją. Sezon 1996/97 kiedy polski klub grał w Lidze Mistrzów był rokiem pogrzebu polskiej piłki klubowej. Wspaniałe mecze Widzewa pod wodzą Franciszka Smudy, wspaniałe gole Marka Citko (ten z Atletico nadal jest w pierwszej 20. bramek ostatnich lat Ligi Mistrzów wg Eurosportu).
Tyle z mojej spowiedzi



