Stanowisko kierownicze w KrakowieNie byłoby pierwszego Polaka w F1, gdyby rodzice Roberta bardzo wcześnie nie wsadzili go do miniaturowego samochodu i nie uczyli pokonywania slalomów na osiedlowym parkingu. Już jako dziesięciolatek Kubica miał własnego mechanika. Był nim zatrudniony przez jego ojca Jerzy Wrona. - Wiedziałem, że Robert ma ogromny talent i błyskawicznie się rozwija, ale gdybym powiedział "tak, wiedziałem, że pojedzie w F1" byłoby to kłamstwo. W najśmielszych oczekiwaniach trudno było to przewidzieć - nadal nie może uwierzyć w to, co się stało wczoraj na Węgrzech.
Mógł jeździć na okrągło
Dla większości Robert był za duży (ma 184 cm), aby zmieścić się w ciasnym bolidzie. Dla większości, ale nie dla Pawła Miśkiewicza. To nie mniejszy od Roberta zapaleniec wyścigów. Wysłużoną halę po bazie MPK przy ul. Wawrzyńca przerobił na pierwszy w Krakowie tor kartingowy. Odrapana blacha, najdłuższa prosta ma góra 30 m, las zakrętów, szerokość toru wyznaczają zużyte opony, poukładane jedna na drugiej jak markizy, wyjeżdżone gokarty - warunki nie są tam wymarzone, ale nikt nie narzeka. Na co dzień trenuje tu kilkunastu naśladowców "Schumiego" czy o niebo realniejszego Kubicy.
Właśnie na kryty tor na Kazimierzu w 1999 roku trafił Robert. Choć miał ledwie 15 lat, ale był już czterokrotnym mistrzem Polski juniorów. Co go wyróżniało? - Nie tylko szybkość, ale też wytrzymałość. Mógł jeździć niemal na okrągło - wspomina Miśkiewicz.
W wypadku kartingowców "na okrągło" to sesje góra półgodzinne. Jazda, a raczej ciągłe zakręty, są ciężkie do zniesienia. Zwłaszcza dla amatorów. Pewien niemiecki turysta powiedział kiedyś "dosyć" po ośmiu minutach.
- Niech pan sobie teraz wyobrazi, że gdy Robert przygotowywał się do znoszenia obciążeń panujących podczas jazdy przy dużych prędkościach, wytrzymywał pół godziny szybkiej jazdy z dziesięciokilowym kaskiem na głowie - wspomina Miśkiewicz.
Wczoraj dopingował swego przyjaciela podczas wyścigu na torze Hungaroringu. Siódme miejsce Roberta uznał pewnie za "powyżej oczekiwań". Jedyny niedosyt mógł wynikać z tego, że partner krakowianina z BMW Sauber - Nick Heidfeld wyprzedził go o cztery pozycje.
Wielka kasa na razie go omija
Roberta jako kierowcę wyścigowego wymyślił jego ojciec. On też zaprogramował karierę syna. W jego naukę wkładał całą energię i wszystkie zarobione na drukarni pieniądze. Bo choć F1 to wielka kasa, ale na razie omija Roberta i jego rodziców. Najlepszy dowód - państwo Kubicowie ciągle mieszkają w skromnym, dwupokojowym mieszkaniu na Grzegórzkach.
Czasem Kubica senior decydował wbrew woli syna. Jak wtedy, gdy w wieku trzynastu lat Robert musiał sam, bez rodziców zostać we Włoszech, by tam doskonalić swą jazdę. Albo trzy lata później, gdy młodemu mistrzowi kartingu przyszło zostawić gokarty i przesiąść się do bolidu. Junior Kubica protestował, ale dzisiaj dziękuje ojcu za te kroki.
Wiedzieli, co się święci
Znajomi kierowcy F 1 podkreślają, że Robert nie jest monotematyczny. - Oprócz kartingów czy F1 zawsze znajdzie sobie jakiegoś konika - zapewnia także szef toru kartingowego z ul. Wawrzyńca.
Najlepszy dowód na pozamotorowe zainteresowania Kubicy mają w klubie sportowym Grzegórzecki. Blok, w którym dorastał Robert, stoi 50 m od stadionu. Po terenach klubowych kilkuletni kierowca jeździł elektrycznym samochodzikiem, ale nie tylko - od września 1998 r. przez trzy lata trenował piłkę nożną w grupie trampkarzy.
- Z tego, co opowiadają trenerzy, to Robert zawsze był wulkanem energii. Chciał grać równocześnie na wszystkich pozycjach - mówi Dominik Franz, wiceprezes Grzegórzeckiego. Przed dwoma laty w kartotekach klubowych odgrzebano kartę zawodniczą Roberta. Działacze wiedzieli, co się święci - wygrywał wyścig za wyścigiem w Formule Renault. Teraz karta zawodnicza młodego Kubicy wzbogaci gablotę z klubowymi pamiątkami.
Wyścigi były pierwsze
Z Robertem w grupie grał Marcin, którego spotkaliśmy z puszką piwa w ręku przy trzepaku przed blokiem Kubicy. Pokazał nam, w której klatce mieszka były kolega.
- Pamiętam, jak jako mały dzieciak jeździł takim meleksikiem. Później przychodził z nami grać w piłkę, ale zawsze dla niego futbol był na drugim miejscu. Wyścigi były pierwsze - podkreśla Marcin.
Marcin rzadko wyjeżdża z Krakowa. Nie mógł ("W niedzielę muszę iść do pracy") - jak rodzice i bliscy znajomi słynnego kierowcy - pojechać do Budapesztu na tor Hungaroring. Robert rzadko przebywa w Polsce. - Na osiedlu nie spotkałem go od lat - rozkłada ręce Marcin.




